Dziwna historia o liczeniu do trzech

To historia o pięknie i bezwzględności futbolu. Leeds United i VfB Stuttgart. Elland Road jeszcze długo tego nie zapomni.

Lato 1992 roku było przełomowe dla fanów piłki nożnej na całym świecie nie mniej, niż lato 1969 dla Bryana Adamsa. Inauguracyjne sezony Ligi Mistrzów i Premier League fascynowały całą europejską publikę, a królem polowania na każdej arenie miał być świeżo upieczony mistrz Anglii, Leeds United.

Minął zaledwie rok, odkąd angielskie kluby mogły reprezentować Królestwo w europejskich pucharach. Pięcioletnie zawieszenie było pokłosiem tragedii na Heysel w 1985 roku, przed którą zespoły First Division na przestrzeni ośmiu sezonów (1977-84) aż siedmiokrotnie sięgały po uszate trofeum. Gdy banicja wygasła, jako pierwsi do boju stanęli piłkarze Arsenalu. Jak to bywa, pierwsze śliwki robaczywki. Kanonierzy odpadli w rundzie eliminacyjnej ze Sportingiem Lizbona. Z Leeds miało być inaczej.

Sama obecność Leeds w Pucharze Europy była nie lada sensacją. Udział w tychże elitarnych rozgrywkach oznaczał bowiem, że Pawie musiały sięgnąć po mistrzowski puchar w lidze angielskiej. Wyczyn porównywalny – a być może kaliber był większy – z cudem w Leicester w 2016 roku.

To zresztą jedna z dwóch “klasycznych” i “mitycznych” drużyn Leeds. Ta druga miała pojawić się dekadę później, z Rio Ferdinandem i Harrym Kewellem na czele. Rzućmy się jednak z powrotem w wir szalonych lat 90-tych i niedyskretnych porównań z Lisami Claudio Ranieriego, bo to był zespół niemal identycznie nacechowany. Zresztą, The Whites mieli nawet swojego Jamiego Vardy’ego w osobie Lee Chapmana i swojego N’Golo Kante, Davida Batty’ego. 

Lista ciekawych osobowości nie powinna spinać klamrą wyłącznie tych dwóch nazwisk. Rozpoczynać się powinna na menedżerze, Howardzie Wilkinsonie. W dalszej kolejności wymienieni Chapman i Batty, nieodżałowany Gary Speed, Gary McAllister, Gordon Strachan i creme de la creme wyliczanki, Eric Cantona. O wielkości tamtego Leeds niech najlepiej świadczy fakt, że przyszły król Manchesteru większość spotkań rozpoczynał na ławce rezerwowych, choć według wielu to zespół nie dorósł do Francuza, broń boże odwrotnie.

Koniec końców, oczekiwania w sezonie 1992/93 nie tyle przerosły, co znokautowały zespół na każdej płaszczyźnie. Pawie z trudnością utrzymały się w lidze, progi raczkującej Ligi Mistrzów okazały się zbyt wysokie już na etapie eliminacyjnym. Najciekawsze rzeczy działy się na szczęście na samym początku.

Pierwsza runda. Gdy do gry wchodzili mistrzowie Finlandii czy Luksemburga los od razu sparował ze sobą Anglików i Niemców. Leeds miało szansę na swoiste odkupienie win, bo 17 lat wcześniej to właśnie Niemcy pozbawili ich złudzeń w finale Pucharu Europy – pierwszym i prawdopodobnie ostatnim, w którym Pawiom udało się wystąpić. Żniwa zebrał wówczas Bayern Monachium, a katem okazał się Gerd Muller, który ustalił wynik.

VfB Stuttgart nie był drużyną szytą na miarę FC Hollywood z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem i Ulim Hoenessem, co nie musiało jednak wcale stawiać ich na straconej pozycji. Kapitanem zespołu ze Szwabii był mistrz świata z 1990 roku, Guido Buchwald. Eike Immel, Michael Frontzeck czy Maurizio Gaudino też nie byli w ciemię bici, cała trójka zresztą sprawdzała się później w Premier League, reprezentując barwy Manchesteru City. Stuttgart miał przede wszystkim jeden atut: jednego z najzdolniejszych niemieckich trenerów młodego pokolenia, Christopha Dauma.

16 września 1992 roku, Stuttgart

W Niemczech piłkarzom Leeds nie wychodziło nic. Niemcy wygrali 3:0, po dwóch bramkach Fritza Waltera i jednej Andreasa Bucka. Zespół ze Szwabii na wypunktowanie rywali potrzebował 15 minut. Za epicentrum klęski uznano postawę Cantony, którego strata skutkowała pierwszym, kluczowym golem w meczu. Nie sposób nie wspomnieć jednak, że zawiodła cała drużyna. Parafrazując nauczycieli wf-u, żaden z piłkarzy nie zjadł tego dnia śniadania.

VfB Stuttgart – Leeds United 3:0 (Walter, Walter, Buck)

30 września 1992 roku, Leeds

Musi dziać się naprawdę źle, gdy Elland Road zbiera zaledwie 20 i pół tysiąca widzów, zwłaszcza gdy mówimy o meczu Ligi Mistrzów. Po klęsce na niemieckiej ziemi kibice mieli serdecznie dosyć postawy swoich ulubieńców, wyznając starą, dobrą zasadę: “z drużyną na dobre i na… dobre”. Na szczęście ci, których nie było, mogli żałować – i żałowali.

Jak do tego doszło? Zacznijmy od szefa wszystkich szefów. Gary McAllister, niekwestionowana gwiazda wieczoru. Urodzony w Motherwell pomocnik był tym, kim w Stambule dla Liverpoolu był Steven Gerrard, a dla Francuzów w meczu z Brazylią na MŚ 2006 był Zinedine Zidane. McAllister skradł widowisko które sam wyreżyserował. Był alfą i omegą na całej szerokości boiska, to on poderwał zespół do walki od pierwszych minut meczu – choć po dwójkowej akcji Cantony i Strachana otwierające trafienie zanotował Gary Speed.

McAllistera i podążającego za swoim liderem zespołu nie złamał nawet wyrównujący gol Andreasa Bucka, choć oznaczał on, że Anglicy musieli otworzyć olbrzymi wór bramek. Jeszcze przed przerwą najlepszy zawodnik spotkania zdobył gola na 2:1 z rzutu karnego. Po zmianie stron strzelali Cantona i Chapman. Choć wszystko szło w dobrym kierunku a Pawie były tego wieczora nie do zatrzymania, na awans nie wystarczyło sił i czasu. Pogromcą nie okazał się Stuttgart a reguła bramek na wyjeździe.

Stadion opuszczali ze spuszczonymi głowami, choć jak przyznawał Gordon Strachan, bolało jak cholera. Ciężko jest wygrać i przegrać jednocześnie.

Leeds United – VfB Stuttgart 4:1 (Speed, McAllister, Cantona, Chapman – Buck)

Szaleństwo dopiero miało nadejść

Slobodan Dubajić. Serb. Jovica Simanić. Serb. Eyjolfur Sverrisson. Islandczyk. Adrian Knup. Szwajcar. Razem było ich czterech. Każdy z nich wystąpił w meczu rewanżowym – problem w tym, że zagrać mogło… trzech. Taki limit obcokrajowców nałożyła UEFA i nawet, jeżeli dziś wydaje się to śmieszne i niedorzeczne, zasady nie były po to, żeby je łamać. Co, jak co, ale taki numer mógł wywinąć tylko nietuzinkowy i jedyny w swoim rodzaju Daum. Jak na ironię, Simanić przez całą karierę rozegrał w barwach VfB zaledwie 8 minut. Wszystkie w feralnym meczu z Leeds.

Najszybciej równanie 1+1+1+1 rozwiązali kibice innych niemieckich klubów. Prezydent Stuttgartu, Gerhard Mayer-Vorfelder grzmiał i ciskał oskarżeniami w kierunku swoich pracowników, jakoby ci mieli zachowywać się jak amatorzy z ligi okręgowej. Klub ze Szwabii próbował odbijać piłeczkę, podając, że do podobnego incydentu doszło w drużynie przeciwnej – wszak Gary Speed był Brytyjczykiem, ale nie Anglikiem. Oskarżenie okazało się jednak bezpodstawne, bowiem Walijczyk grał już na Elland dłużej niż 5 lat, był więc zgodnie z przepisami traktowany jak jego angielscy koledzy.

Telefony w brytyjskich i niemieckich redakcjach rozbrzmiewały od rana, a UEFA stanęła przed jedną z trudniejszych decyzji tamtych czasów. Uznając wynik z dwumeczu, federacja wywołałaby awanturę jakiej angielska piłka nie widziała – zwłaszcza, że po kilkuletniej banicji wciąż czuli się w Europie odrzutkami. Z drugiej strony błąd Dauma był niemal symboliczny i nie wniósł praktycznie nic do ogólnego rozrachunku. Ten jeden raz UEFA postąpiła słusznie.

Wyrok: walkower dla Leeds. Oficjalny wynik rewanżu 3:0. Skutek? Potrzebny był trzeci mecz. Postanowiono, że zostanie on rozegrany na terenie neutralnym, choć Anglicy byli przekonani, że “dogrywka” powinna rozegrać się na ich ziemi. Wszak wszystko z uwagi na błąd Dauma, nie Wilkinsona. Tak, czy siak, padło na Barcelonę i legendarne Camp Nou.

“Nie było żadnego powodu, żeby mecz rozgrywać na Camp Nou, to zupełnie przypadkowa decyzja. Nie mieliśmy przecież grać z Barceloną. Byliśmy jednak szczęśliwi, że dostaliśmy tę szansę” – mówił po latach ówczesny obrońca zespołu z Elland, Jon Newsome.

9 października 1992 roku, Barcelona

Trzeci mecz tego pojedynku był wydarzeniem bezprecedensowym, jednak miejscowi kibice nie byli zainteresowani potyczkami Anglików i Niemców. Nie ważne jak istotne dla historii futbolu były niemiecko-angielskie potyczki, Katalonia to Katalonia.  Oni mieli swoją Blaugranę, a na trybunach Camp Nou zasiadło zaledwie 15 tysięcy fanów. “Jakby to był mecz rezerw” skwitował Newsome.

Mecz był niezły, choć nie tak dramatyczny jak jego otoczka. Pierwszą bramkę zdobył Strachan, na nią szybko odpowiedział Andre Golke. Pawie świętowały awans do kolejnej rundy za sprawą gola Carla Shutta – jednego z najmniej bramkostrzelnych napastników w historii.

Leeds United – VfB Stuttgart 2:1 (Strachan, Shutt – Golke)

W kolejnej rundzie obyło się już bez kontrowersji pozaboiskowych. Pojedynek z Glasgow Rangers był czysty, choć wyrównany i zapierający dech w piersiach. Ostatecznie to Szkoci awansowali dalej, a Leeds na kolejną szansę w Lidze Mistrzów czekało prawie dekadę. Kolejną i ostatnią.