Rodzinny interes, cz. I

Z rodziną najlepiej wychodzi się podobno na zdjęciu. Jak wygląda to na boisku?

Etos rodziny towarzyszy nam od tysiącleci. Jako pierwszy problematykę najważniejszej – i najmniejszej – grupy społecznej w swoich antycznych tragediach poruszał Sofokles, później stała się ona jednym z fundamentów Starego i Nowego Testamentu. Mimo wartości silnie zakorzenionych od najmłodszych lat, wielu uważa, że z bliskimi najlepiej wychodzimy na zdjęciach. A jak wychodzi się z nimi na… boisku?

Całkiem nieźle – choć nie w tym samym czasie – wyszedł na tym ród Maldinich, wszak chyba każdy z nas zna historię o wybitnym ojcu i jeszcze wybitniejszym synu, Cesare i Paolo, ikonach wielkiego Milanu. Nieco inaczej było w przypadku Jordiego Cruyffa, piłkarza zupełnie przeciętnego, nie potrafiącego wyjść z cienia legendarnego Johana. Dziś kibice z zapartym tchem śledzą losy Justina Kluiverta, młodego napastnika Romy, marzącego, by strzelać seryjnie jak niegdyś jego ojciec Patrick. Przykłady można by było mnożyć, my wybraliśmy raptem kilka.

Franka Lamparda Seniora i Harry’ego Redknappa łączyło wiele. Po pierwsze, wspólna gra w West Ham United (którego Frank jest wielką legendą). Po drugie, gdy Redknapp prowadził zespół Młotów, były kolega z murawy zajmował stanowisko jego asystenta. Po trzecie, Pat i Sandra Harris.

Traf chciał, że obaj panowie zakochali się w siostrach bliźniaczkach. Obaj spłodzili także nie w ciemię bitych synów. Lampard swoją latorośl nazwał własnym imieniem. I na tym koniec, bo, legendy Chelsea przedstawiać nie trzeba, a nawet z czystej przyzwoitości nie należy. Ciekawy jest fakt, że przez wujka (któremu asystował ojciec) uznawany był początkowo za piłkarza zbyt słabego na podstawową jedenastkę The Hammers. Na szczęście, Redknapp senior w porę się otrząsnął.

Sam Harry także za syna wstydzić się nie powinien. Jamie to ważny piłkarz w historii Liverpoolu, członek buntowniczej ekipy, nazywanej w latach 90tych XX wieku „Spice Boys”. Podsumowując dokonania całej czwórki jest całkiem nieźle. 1767 meczów i 243 gole na angielskich boiskach. 125 spotkań i 30 bramek w dorosłej reprezentacji Anglii. Nie ukrywajmy jednak: lwią część tak dobrych liczb ustanowił obecny szkoleniowiec The Blues.

Uważacie, że cztery powiązane ze sobą osoby to sporo? Co powiecie na siedem? Nazwisko Millburn to jedno z najbardziej usportowionych na Wyspach. O dwójce z rodzeństwa, George’u i Jimiem, wiadomo tylko tyle, że reprezentowali kiedyś Leeds United. Zdecydowanie większą karierę zrobił Jack, urodzony w 1908 roku legendarny lewy obrońca, a jakże, The Whites. Jego piękną przygodę na Elland Road zatrzymał wybuch II Wojny Światowej. Gdy popiół już opadł, był prawdopodobnie za stary by wrócić na tak wysoki poziom, jaki reprezentował w przeszłości. Wciąż grał w piłkę, ale już na niższych szczeblach.

Najmłodszy z rodzeństwa, 16 lat młodszy od Jacka, Stanley, przerwał rodzinną tradycję reprezentowania Leeds. W przeciwieństwie do brata, jego kariera nabierała rozpędu dopiero w czasach powojennych, podobieństwo zaś stanowiła ulubiona pozycja – bok obrony. Przez lata stanowił o sile Chesterfield, Leicester i Rochdale. Najbardziej znanym z Millburnów był jednak bratanek wymienionej wyżej czwórki, Jackie. Był niezwykle skutecznym napastnikiem, typem lisa pola karnego. Przez ponad dekadę stanowił o sile Newcastle United, z którym sięgnął trzykrotnie po FA Cup.

Pokolenie Millburnów, choć z uwagi na rozbieżność w datach urodzin rozciągnięte na kilkadziesiąt lat, samo w sobie uważane powinno być za symbol angielskiego futbolu. Pech chciał, że panowie kojarzeni będą raczej jako… wujkowie. Wujkowie dwóch mistrzów świata, piłkarzy wybitnych i symboli piłki nożnej.

Bracia Charltonowie, bo o nich mowa, to chodząca – i strzelająca – instytucja. Do końca świata i jeden dzień dłużej (albo do kolejnego Mistrzostwa Świata zdobytego przez Dumnych Synów Albionu) będą utożsamiani z herosami, którzy poprowadzili reprezentację po pikarskiego Świętego Graala. Obaj słynęli z ogromnej klasy – zarówno piłkarskiej jak i osobistej. Jack Charlton poszedł w ślady wujostwa i postanowił na dobre osiedlić się w Leeds United. Był niezwykle bramkostrzelnym środkowym obrońcą – przed 21 lat spędzonych na Elland Road strzelił 70 bramek.

Nieco młodszy z rodzeństwa, Bobby (dziś sir Robert), to legenda Manchesteru United. Przez lata dzierżył pierwszeństwo na listach największej liczby spotkań i bramek dla klubu z Old Trafford, ustępując dopiero Ryanowi Giggsowi i Wayne’owi Rooneyowi. Zresztą, popularny Wazza odebrał mu także tytuł najskuteczniejszego strzelca w historii kadry narodowej. Według oficjalnych danych (trudno o zachowane statystyki dwójki spośród Millburnów), siedmiu wspaniałych rozegrało 2267 spotkania w brytyjskich rozgrywkach ligowych, w których zdobyło 549 bramek. Bilans reprezentacyjny to 154 / 65. Przy świątecznym nakryciu mieli o czym rozmawiać.

Alex Iwobi miał zostać gwiazdą londyńskiego Arsenalu i reprezentacji Anglii. Nie zostanie. Kanonierzy pożegnali się z czarnoskórym piłkarzem bez większego żalu, a w kadrze Trzech Lwów nie zagrał na własne życzenie. Mimo realnej możliwości, zdecydował się reprezentować Nigerię, tak, jak kiedyś jego wujek. „Odwiedziłem Lagos i zrozumiałem, że traktują go jako kogoś wybitnego. Co za legenda! Kiedyś spacerowaliśmy razem i widziałem, jak dużą popularnością się cieszy. Pomyślałem, że chciałbym kiedyś poczuć to samo!”

Trudno się dziwić, skoro wujkiem (dokładnie rzecz ujmując – szwagrem mamy) Iwobiego jest postać ikoniczna, być może najbardziej rozpoznawalny piłkarz w historii Boltonu Wanderers – Jay-Jay Okocha. Kibice angielskiej drużyny go kochali. „Jest tak dobry, że jego imię trzeba wymawiać dwa razy” – brzmiało ich ulubione powiedzenie. Wybaczyli mu nawet niezbyt przyjemne odejście w 2006 roku. Naraził im się po latach – gdy w 2012 Bolton spadał z Premier League, Okocha publicznie określił swoją przygodę w tym klubie jako stratę czasu – choć od odejścia minęło już z mała 6 lat. Uznał, że klub zrujnował wszystko, pod co przez cztery lata budował fundamenty. Mimo wszystko, liczby nie kłamią. Iwobi i Okocha rozegrali 240 spotkań w Premier League i zdobyli w nich 26 goli. Statystyki powinny poprawiać się z roku na rok – Alex ma dopiero 23 lata i najlepsze lata (oby) w Evertonie dopiero przed nim.

Słynna historia braci Boateng wskazuje na fakt, że członkowie jednej rodziny wcale nie muszą reprezentować tego samego kraju. Nikt nie krył zdziwienia, gdy światło dzienne ujrzała informacja, że znany i lubiany niegdyś Mark Viduka jest kuzynem zdobywcy Złotej Piłki, Luki Modricia. Jak to możliwe? Przecież Viduka, w przeszłości skuteczny napastnik występujący między innymi w Leeds i Middlesbrough, to chłopak z Melbourne, całą karierę związany z reprezentacją Australii. Okazuje się jednak, że jego rodzice to emigranci z Jugosławi. Myśląc o tym nieco dłużej, Viduka to rzeczywiście nazwisko brzmiące niezbyt australijsko – ale kto kiedykolwiek rozpatrywał to w takich kategoriach?

Na brytyjskich ziemiach przebiegał ponad dekadę, zaczynając w Celtiku Glasgow, gdy szkocki gigant był jeszcze marką szanowaną w całej Europie. 30 bramki w 37 spotkaniach szkockiej ekstraklasy otworzyły mu wrota angielskiego raju. Najpiękniejsze lata spędził na Elland Road, występując u boku tuzów takich jak Harry Kewell (nota bene jego rodak i kompan z kadry narodowej), Robbie Fowler czy Alan Smith. I choć nigdy nie był tak dobrym zawodnikiem jak dzisiejsza gwiazda Realu Madryt, stał się legendą australijskiego futbolu. A Modrić, którego przedstawiać nie trzeba, nie! Żarty na bok. Ich wspólny dorobek to 367 meczów i 105 goli w Premier League. Mogło być gorzej.

Peter Schmeichel to facet z jajami i trudnym charakterem. Gość, który potrafił pójść na pięści z Royem Keanem, okazał się troskliwym i ciepłym ojcem. Prawdopodobnie tylko on zdawał się wierzyć do końca, że Kasper osiągnie sukces. Syn legendy to typowy late bloomer, bramkarski odpowiednik Jamiego Vardy’ego. Młodszy ze Schmeichelów Ligi Mistrzów może już nie wygra, podobnie jak Mistrzostw Europy z reprezentacją Danii, ma już za to na koncie sensacyjny złoty medal za zwycięstwo w Premier League. Podobnego wsparcia ze strony ojca zabrakło Wojtkowi Szczęsnemu, którego ojciec parał się tym samym fachem. Na szczęście młodszy z Polaków uporał się z demonami przeszłości, przez kilka lat był podstawowym bramkarzem Arsenalu a dziś jest jednym z najlepszych bramkarzy świata – choć w Anglii nie gra już od kilku lat.

John Fashanu. Dwukrotny reprezentant Anglii, który w trakcie kariery grał dla takich potęg jak Norwich City, Millwall, Wimbledon czy Aston Villa. Ot, piłkarz jakich wielu, bez fajerwerków, ale grający na zupełnie przyzwoitym poziomie. Z resztą, na różnych szczeblach rozgrywkowych udawało mu się ogrywać golkiperów rywali blisko 150 razy. Po zakończeniu kariery poprowadził nawet kilka teleturniejów i telewizyjnych programów rozrywkowych. Mimo nie najgorszych osiągnięć i nie najmniejszych dokonań, jego nazwisko wybrzmiewało głównie za sprawą o rok starszego brata.

Justin, bo tak nazwali go rodzice, tułał się po angielskich średniakach, takich jak Norwich City, Nottingham Forrest czy Notts County. Szczyt popularności osiągnął w 1990 roku, gdy ku ogólnemu zaskoczeniu zadeklarował publicznie, że jest gejem. Zaczął się koszmar. Choć opinia publiczna, zgodnie z postulatem poprawności politycznej, przyklasnęła odważnemu piłkarzowi, jego reputacja poleciała na łeb, na szyję. Nie zagrzał miejsca w żadnym z klubów, koledzy z zespołu nie chcieli przebierać się z nim w tej samej szatni. John, niegdyś kochający brat, podczas wywiadu nazwał Justina wyrzutkiem społeczeństwa, bał się o własne, dobre imię: „Martwiłem się, że ludzie będą nas mylić. John Fashanu, Justin Fashanu. J i J. Byłem twardym facetem… my byliśmy twardymi facetami, Vinnie Jones, John Fashanu, Dennis Wise. Byliśmy maczo, ludzie przypięli nam łatkę twardzieli. Co tymczasem zrobił mój brat? Wyszedł i powiedział, że jest gejem”.

Młodszy z rodzeństwa nawiązywał tym samym do czasów gry w Wimbledonie, zespole, który rzeczywiście kojarzony był z wyjątkowo twardym stylem gry, którego uosobieniem był znany piłkarz a później jeszcze bardziej znany aktor, Vinnie Jones. John Fashanu w przyszłości żałował słów, które wypowiedział w kierunku swojego brata. Niestety na przeprosiny i słowa skruchy było za późno. Ta historia nie miała happy endu. W 1998 roku Justin popełnił samobójstwo, nie wytrzymawszy ciążącej na nim presji.

Popularne i szanowane nazwisko w odpowiednich rękach to doskonały atut w przetargu na gwiazdę, niewykorzystany okazać się może jednak powodem drwin i pożałowania. Szczęścia próbowali między innymi Alex Bruce, Tom Ince czy Jack Barmby, synowie byłych gwiazd Manchesteru United i Liverpoolu, dla których szczytem możliwości okazał się środek tabeli Championship. Zabrakło szczęścia? Wsparcia? Może przytłoczyła ich wielkość przodków? Dziś możemy tylko domniemywać. Tak czy siak: Panowie, nie oglądajcie się na innych, nawet najbliższych. Kreujcie własne nazwiska.

Ciąg dalszy następi!