Wielkie powroty

Bywają trudne, rozczarowujące. Nie spotykają się zazwyczaj z aprobatą kibiców. Powroty do zespołów, w których występowało się w przeszłości, są obarczone ogromnym ryzykiem. Próbowało wielu, ale udawało się największym. Tym, którzy mieli talent, ambicję, charakter i… trochę szczęścia, bo trafili w odpowiedni moment.

Sporządziliśmy listę dziesięciu najciekawszych powrotów w świecie brytyjskiej piłki. Bez określania sztywnych ram czasowych, darowaliśmy sobie – przynajmniej na razie – czasy prehistoryczne – stąd w zestawieniu nie wzięliśmy pod uwagę piłkarzy w swoim czasie wybitnych, jak Ian Rush czy Mark Hughes. Zapewniamy jednak, że w rankingu padnie kilka znanych nazwisk. Do dzieła!

10. Paul Pogba, Manchester United (2009-2012, od 2016)

Fot. The Sun

3 i pół roku temu powrotem Paula Pogby na Old Trafford ekscytował się cały piłkarski świat. Nic dziwnego, skoro cztery sezony w Juventusie wystarczyły, by ten stał się jednym z najlepszych piłkarzy świata – i to niedługo po ukończeniu wieku nastoletniego! No i padł rekord transferowy, choć pobity wkrótce przez Neymara.

Ta historia mogła nie wydarzyć się wcale, jednak relacje legendarnego sir Aleksa Fergusona z superagentem Mino Raiolą dalekie były nawet od przyzwoitych. Szkot nie godził się na żaden z warunków stawianych przez włosko-holenderskiego cwaniaka.

Ferguson prawdopodobnie nigdy nie był w stu procentach przekonany do Francuza, a raczej jego osobowości. W obliczu klęski żywiołowej w środku pola Manchesteru United preferował wystawiać tam prawego obrońcę, Rafaela da Silvę. Po odejściu Pogby, nie krył do niego żalu. I chyba miał rację. Aktualnie środkowy pomocnik jest w trakcie „strzelania focha” na klub, od którego poczuł się ważniejszy.

9. Sol Campbell, Arsenal (2001-2006, 2010)

Fot. nonleague.pitchero.com

Ulubieniec Highbury. Dla fanów Tottenhamu mógłby nigdy się nie urodzić. Twardy jak skała, jeden z liderów legendarnej drużyny The Invincibles z 2004 roku. W Arsenalu spędził 5 wspaniałych lat.

W 2009 roku mało zostało już ze starego, dobrego Campbella. Były reprezentant Anglii, realnie oceniając swoje możliwości i ambicje w ostatnich miesiącach kariery, podpisał kontrakt z Notts County. Po jednym występie doszedł jednak do wniosku, że stać go na więcej i rozwiązał kontrakt z pracodawcą.

Sol trenował z rezerwami Arsenalu, szło mu na tyle dobrze, że zgłoszono go nawet do gry w lidze rezerw. W styczniu 2010 roku Arsene Wenger był pod tak dużym wrażeniem tego, co prezentuje doświadczony obrońca, że kazał przygotować dla niego półroczny kontrakt. Anglik rozegrał kilka meczów, po zakończeniu sezonu trafił jeszcze do Newcastle United, a rok później na dobre zawiesił buty na kołku.

8. Joe Cole, West Ham United (1998-2003, 2013-2014)

Fot. Evening Standard

Był ulubieńcem kibiców we wschodnim Londynie. Przebojowy, szybki, niezły technicznie. W ekipie The Hammers zadebiutował w wieku 17 lat, a kilka lat później stał się jej kapitanem. Byli tacy, którzy na przełomie wieków określali go największym talentem w Anglii. Porównania sięgały naprawdę wysoko, bo samego Paula Gascoine’a – tego z najlepszych lat.

W 2003 roku Cole stał się jedną z twarzy ofensywy transferowej nowego właściciela Chelsea, Romana Abramowicza. Mimo początkowych trudności, na Stamford spędził 7 lat, strzelił 27 bramek, po czym udalo mu się załatwić angaż w kolejnym niezłym klubie. Joe przeszedł do Liverpoolu.

Do macierzystej drużyny wrócił w 2013 roku. Niestety, kłopoty zdrowotne nie pozwoliły mu na powrót do dyspozycji, jaką po raz pierwszy raczył fanów WHU. Przez półtora roku udało mu się wystąpić 37 razy.

7. Graeme Le Saux, Chelsea (1987-1993, 1997-2003)

readliverpoolfc.com

Piłkarz urodzony na Jersey spędził dwa lata w sektorach młodzieżowych The Blues, po czym w 1989 roku podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt. Gdy menedżer Ian Porterfield zmienił go przed końcem meczu z Southampton, ze wściekłością cisnął koszulką na ziemię. To nie był pierwszy raz, kiedy Le Saux nie mógł rozegrać pełnych 90 minut – podobne sytuacje były nagminne.

Jak więc łatwo się domyślić, decyzja o transferze za 700 tysięcy funtów do Blackburn nie była trudna. Była natomiast słuszna. Graeme grał od deski do deski w drużynie, która sensacyjnie sięgnęła po tytuł mistrzowski w 1995 roku.

Poza udanymi występami zasłynął tym, że w meczu Ligi Mistrzów niemal pobił się z kolegą z drużyny, Davidem Battym. Niesforność piłkarza nie zniechęciła Chelsea, która w 1997 roku odkupiła go za rekordowe wówczas 7 milionów funtów. Le Saux był Maguirem tamtych czasów. Na Stamford Bridge spędził jeszcze 6 lat, odchodząc dopiero w 2003 roku, kiedy w drużynie trzeba było zrobić miejsce na nowy zaciąg Romana Abramowicza.

6. Teddy Sheringham, Tottenham (1992-1997, 2001-2003)

Fot. Getty Images

Ten facet prawdopodobnie urodził się jako trzydziestolatek. Miał 30 lat, gdy zadebiutował na wielkiej imprezie (Euro ’96 w Anglii), był po trzydziestce, gdy po raz pierwszy opuszczał Tottenham, był po trzydziestce, gdy sięgnął z Manchesterem United po legendarne The Treble, był po trzydziestce, gdy wrócił do Spurs i, w końcu, był po trzydziestce, gdy przywrócił West Ham United do Premier League.

Podczas swojej pierwszej przygody na White Hart Lane szło mu na tyle dobrze, że włodarze Manchesteru United zobaczyli w nim następce odchodzącego na emeryturę (nomen omen rówieśnika Teddy’ego) Erica Cantony. Transfer okazał się strzałem w dziesiątkę. W 1999 roku, w historycznym finale Ligi Mistrzów, był tym, który wyrównał stan rywalizacji a później asystował przy golu na 2-1.

Choć podstawowy duet napastników tworzyli Andy Cole i Dwight Yorke, Sheringham, podobnie zresztą jak Ole Gunnar Solskjaer, nie mógł narzekać na nudę, rozgrywając łącznie ponad 100 meczów. Jego przygodę w Teatrze Marzeń zakończyło sprowadzenie młodszego i skuteczniejszego Ruuda van Nistelrooya. Na szczęście pomocną dłoń wyciągnął były pracodawca. 35-latek wrócił na WHL, rozegrał kilkadziesiąt spotkań i strzelił ponad 20 bramek dla Spurs. Ostatni mecz w Premier League rozegrał już po czterdziestce, w barwach West Hamu United.

5. Robbie Fowler, Liverpool (1993-2001, 2006-2007)

Fot. IMBd

Postać wybitna i tragiczna zarazem. Urodzony w Liverpoolu od małego związany był z The Reds. W ukochanym klubie zadebiutował jako nastolatek. Na The Kop był nazywany Bogiem. Jeden z niesfornych chłopców z LFC, a zarazem Jeden z najlepszych strzelców w historii klubu.

Po raz pierwszy z Anfield odchodzil jako 26-latek, choć wydawało się, że występował tam przez długie dekady. Z uwagi na konflikt z Gerardem Houllier i jego asystentem oraz doskonałej grze duetu Emile Heskey – Michael Owen, strony doszły do wniosku, że należy się pożegnać. Fowler odszedł w pełni chwały, w wieku, w którym nie jeden piłkarz dopiero dociera na szczyt. W połowie sezonu 2001/2002 trafił do naszpikowanej świetnymi zawodnikami drużyny Leeds United.

Na początku 2006 bez zawahania wykorzystał okazję daną mu przez Rafę Beniteza. Fowler znów był wśród swoich. Trybuny Anfield przywitały go transparentami: „Numer 11. Bóg. Witamy z powrotem w niebie!” Sam stwierdził, że po powrocie czuje się jak dzieciak, który każdego dnia obchodzi Boże Narodzenie. Przez półtora roku był tylko rezerwowym, jednak nie powinien żałować – zdobył swoje pierwsze (i jedyne) bramki w Lidze Mistrzów, a na klubowej liście strzelców wyprzedził Kenny’ego Dalglisha. Szkoda, że w wieku 31 lat nie miał już szans i nie potrafił czarować tak, jak kiedyś. Nawet w połowie.

4. Wayne Rooney, Everton (2002-2004, 2017-2018)

Fot. goal.com

Został legendą Manchesteru United, ale jego serce zawsze biło dla Evertonu. The Toffees było spełnieniem marzeń popularnego Wazzy. Tego samego, który już w wieku 16 lat zdobył pierwszego gola w dorosłej drużynie Evertonu. Gola, który przeszedł do historii i był świetnym sposobem na przywitanie się z piłkarskim światem.

Z Goodison Park odchodził skonfliktowany z ówczesnym menedżerem, Davidem Moyesem i, jak na ironię, ze Szkotem ponownie spotkał się po latach na Old Trafford. W swojej karierze klubej zdobył wszystko, co mógł. W Manchesterze stał się najlepszym strzelcem w historii, podobnej sztuki dokonał w reprezentacji. Z uwagi na postępujący spadek formy został wykorzystany jako karta przetargowa przy negocjowaniu transferu Romelu Lukaku.

Po powrocie do Evertonu szło mu tylko i aż nieźle – w meczu z West Hamem ustrzelił nawet hat-tricka, a sezon zakończył z 12 trafieniami. Mimo, że jego kontrakt miał obowiązywać jeszcze przez rok, postanowił udać się na podbój Stanów Zjednoczonych.

3. Didier Drogba, Chelsea (2004-2012, 2014-2015)

Fot. bleacherreport.com

8 lat. Tyle wystarczyło Didierowi Drogbie, żeby pokazać, kto jest szefem. Postrach obrońców. Iworyjczyk stał się legendą The Blues, zdobywając w klubowej karierze wszystko, co sobie wymarzył.

Gdy kończył – a przynajmniej tak mu się wydawało – bogatą karierę na Stamford, postanowił zwiedzić trochę świata i grywał w Shanghai Shenhua i Galatasaray. W końcu postanowił podążyć za głosem serca i ponownie przyodziać barwy pierwszej i jedynej miłości – Chelsea.

„To była łatwa decyzja, nie mogłem odrzucić możliwości ponownej pracy z Jose Mourinho. Każdy wie, że z tym klubem łączą mnie wyjątkowe więzi, zawsze będę czuł się tutaj jak w domu” – mówił po powrocie.

Zadowolenia nie krył także Jose Mourinho. Tak się zresztą złożyło, że Portugalczyk dwa lata wcześniej także wrócił do Londynu po dłuższej rozłące: „Wraca, bo jest jednym z najlepszych strzelców w Europie. Znam go dobrze i wiem, że nie będzie żył historią ani wykorzystywał swoich dokonań jako immunitetu. Wraca, by tworzyć nową historię.”

Drogba wielkiej historii już nie napisał, ale swoje zagrał. I strzelił – we wszystkich rozgrywkach podreperował swój klubowy dorobek o 7 bramek.

2. Kenny Miller, Rangers FC (2000-2001, 2008-2011, 2014-2018)

Fot. Daily Record

Gdyby władze Glasgow wprowadziłyby własne prawo, na pewno istniałby zapis o zmianach barw klubowych – z niebieskich na biało-zielone i z biało-zielonych na niebieskie. Punkt ten byłby wpisany gdzieś między morderstwem a ciężkim pobiciem.

Kenny Miller miał to w nosie. Od przywiązania do barw klubowych ważniejszy był jego portfel i możliwość gry na jak najwyższym poziomie – a kto mu to zagwarantuje nie miało znaczenia. Szkot do niebieskiej części Glasgow wytransferowany był trzykrotnie, a co gorsza, między pierwszą i drugą przygodą grał w Celtiku.

Gdy miał 22 lata, napastnik opuścił Szkocję na rzecz Wolverhampton Wanderers w 2001 roku. Po 5 udanych latach gry w ekipie Wilków, postanowił poszukać szczęścia gdzieś, gdzie zasmakuje Ligi Mistrzów.

„Obowiązywał mnie ostatni rok konktraktu z Wolves i potrzebowałem jakiejś zmiany. Chciałem obrać kierunek na Włochy, mogłem także zostać w Anglii. Zawsze myślałem o sobie jak o zwycięzcy, tymczasem z mojego zespołu odeszło trzech podstawowych zawodników. Postanowiłem dołączyć do Celtiku, by zagrać w Lidze Mistrzów. Miałem wątpliwości, ale jako piłkarz Rangers wystąpiłem w derbach tylko raz.”

Czy Miller bał się reakcji kibiców na Celtic Park? Pewnie, że tak. Uznał jednak, że profesjonalne podejście wespół z wynikami osiąganymi przez drużynę szybko przekonają do niego kibiców. I poszło całkiem nieźle, a Celtom udało się nawet awansować do fazy pucharowej LM. Mimo wszystko, Kenny nie był dla drużyny piłkarzem tak kluczowym, jakby sam sobie tego życzył. Odszedł do Derby County, skąd po roku trafił na… Ibrox!

Piłkarz przyznał osobiście, że miał dużo więcej wątpliwości przed powrotem do Rangers niż przed transferem do Celtiku. Nic dziwnego, kibice nie byli zachwyceni jego wyborami. Przez długie lata byli podzieleni – jedni w końcu go zaakceptowali, inni wręcz pokochali, niektórzy nie wybaczyli mu nigdy – dla nich pozostał zdrajcą.

Żeby było śmieszniej, Miller po trzech latach odszedł. I po kolejnych trzech… wrócił. W 2014 na trybunach Ibrox można było dostrzec nawet transparent z napisem: „O mój Boże, Kenny znowu wrócił…”

Kenny Miller nie był najwierniejszym piłkarzem w historii The Gers. Mimo to, rozegrał dla zespołu 301 spotkań i strzelił 116 goli. Mogło być gorzej? Mogło!

1. Thierry Henry, Arsenal (1999-2007, 2012)

Fot. the18.com

Francuski napastnik to postać wybitna, ikoniczna, kultowa. Tę wyliczankę epitetów można byłoby kontynuować w nieskończoność, ale po co? Kim był Thierry Henry wie chyba każdy fan piłki nożnej.

Elegancki, skuteczny, charyzmatyczny. W zasadzie nie miał słabych stron, choć całe wieki temu innego zdania był Carlo Ancelotti – utytułowany włoski szkoleniowiec, gdy prowadził Juventus, zupełnie nie poznał się na przyszłej legendzie, bez żalu prosząc zarząd Bianconerich, by sprzedali Francuza, póki ktoś zechce go kupić. No, to sprzedali.

Do Anglii sprowadził go piłkarski ojciec, człowiek, który dał mu szansę zaistnienia w AS Monaco, gdy miał zaledwie 17 lat. I tak, jak dla Ancelottiego Henry do dziś jest prawdopodobnie największym błędem, dla Arsene’a Wengera jest największym transferowym sukcesem.

To Thierry Henry był liderem i największą gwiazdą zespołu The Invincibles w 2004 roku. To Thierry Henry poprowadził Arsenal do finału Ligi Mistrzów dwa lata później. W tymże na Arsenal czekała Barcelona, choć cały świat zapatrzony był na pojedynek dwóch geniuszy – Henry’ego i Ronaldinho. I choć z sukcesu cieszył się ten drugi, to Francuz pozostawił po sobie dużo lepsze wrażenie.

Jeszcze przed finałowym starciem Henry miał podjąć decyzję o opuszczeniu Arsenalu, jednak z uwagi na bolesną porażkę poszedł po rozum do głowy i doszedł do wniosku, że nie może zrobić tego kibicom The Gunners. Nie w takiej chwili. No, ale co się odwlecze, to nie uciecze – rok później ku ogólnej rozpaczy kibiców napastnik w końcu trafił do Barcelony, by stworzyć atak marzeń z Ronaldinho i Eto’o.

„Zawsze powtarzałem, że jeżeli opuszczę kiedykolwiek Arsenal, to tylko na rzecz Barcelony.”

Zaczął nieźle, w jednym z pierwszych ligowych występów, przeciwko Levante, zdobył hat-tricka. Francuz jednak nigdy nie wrócił do dyspozycji z Arsenalu, jakby w Londynie została cząstka jego umiejętności. I osobowości. Po trzech latach na Camp Nou wyjechał do Stanów.

Rok 2012. Arsenal gra z Leeds United w FA Cup. Na boisku pojawia się Henry i strzela zwycięzkiego gola. Trybuny szaleją, media huczą.

To jedyna bramka po powrocie legendy do Arsenalu. Powrocie, który trwał zaledwie miesiąc. Było to krótkotrwałe wypożyczenie z New York Red Bull, gdy Marouane Chamakh i Gervinho postawili Wengera pod ścianą wyjeżdżając na Puchar Narodów Afryki.

Choć powrót Francuza nie odmienił oblicza światowego futbolu, był niezwykle symboliczny. Henry to prawdopodobnie najlepszy piłkarz w historii Arsenalu, którego uwielbiali wszyscy, bez względu na zamiłowania klubowe. Jego odejście z Londynu zakończyło pewną epokę, rozpoczęło pasmo niepowodzeń. Thierry Henry, we własnej osobie, był żywym dowodem na to, że Arsenal był wielki i może być wielki. Był symbolem, a może nawet synonimem sukcesu. Kibice, częściowo pogodzeni z nową rzeczywistością, mieli jedno marzenie:

Zobaczyć jeszcze raz, ten jeden, jedyny raz, jak zdobywa dla nich bramkę. Thierry Henry. Ich legenda. Ich lider. Ich król.

Udało się.