Uciekinierzy, złamane kariery i pogromca Kogutów. Francuski Legion Arsene’a Wengera

Gdy Arsene Wenger obejmował Arsenal w 1996 roku obrał sobie za cel oprzeć drużynę o swoich rodaków. I wyszło mu znakomicie!

Minęły miliardy lat odkąd Arsene Wenger objął Arsenal i postanowił oprzeć swój autorski projekt na nadsekwańskich pobratymcach. Po latach można wysnuć tezę, że była to najlepsza drużyna Kanonierów, jaką widziano na Highbury i Emirates, Wenger zaś okazał się jedynym menedżerem, który przez długi czas walczył z sir Aleksem Fergusonem o dominację w lidze jak równy z równym. Francuski Arsenal jest drużyną tak ważną dla światowego futbolu jak holenderska Barcelona i argentyński Inter.

Jak obiektywnie ocenić piłkarską wartość każdego z Tricolores który występował w czerwonych trykotach z białymi rękawami w erze wengerowskiej? To praktycznie niemożliwe, dlatego przygotowując zestawienie dziesięciu francuskich semper fidelis trenerskiej legendy jako kryterium uznałem ilość spotkań, którą dany piłkarz rozegrał pod batutą wielkiego Arsene’a.

Sylvain Wiltord, 175 meczów

goal.com

Ciężko mi określić, czy Wiltord był piłkarzem dobrym, bardzo dobrym czy świetnym. O klasie napastnika niech poświadczy 9 lat, gdy był on najdroższym piłkarzem w historii Arsenalu – tego miana pozbawił go dopiero Andriej Arszawin. Ulubionym zajęciem Sylvaina było partnerowanie Thierry’emu Henry’emu, jednak czynił to najczęściej wchodząc z ławki. Gdy dostawał już szansę od pierwszych minut, zazwyczaj grywał na skrzydle i ta pozycja ostatecznie przylgnęła do niego na stałe.

Wiltord nie należał do piłkarzy, którzy większość kariery spędzili na szczycie, często się jednak na niego wdrapywał. Było tak na przykład w 2002 roku, kiedy jego bramka z Manchesterem United zapewniła Kanonierom tytuł mistrzowski. To prawdopodobnie jego drugi najważniejszy gol w karierze – jego momentem chwały było wyrównanie stanu rywalizacji w finałowym meczu Euro 2000 przeciwko reprezentacji Włoch. Nie tylko ożywił nadzieje na zdobycie pucharu, ale i zapracował sobie na transfer na Highbury.

Abou Diaby, 180 meczów

skysports.com

Bóg raczy wiedzieć, na co tak naprawdę było go stać. Mógł grać zarówno jako defensywny pomocnik jak i piłkarz typu box-to-box. Jego słabe kości nie były niestety w stanie doścignąć potężnej muskulatury, w rezultacie jego historia kontuzji jest znacznie okazalsza niż dokonania w zespole Kanonierów.

Tylko dwukrotnie w karierze (sezony 2008/09 i 2009/10) udało mu się rozegrać więcej niż 20 ligowych spotkań z Armatką na piersi. Może 180 występów dla The Gunners zrobiłoby wrażenie, gdyby na uzbieranie ich nie potrzebował niemal 10 lat.

Mathieu Flamini, 246 meczów

espn.com

Potrafił wycisnąć z siebie wszystko. Był obdarzony talentem nieporównywalnie mniejszym od innych wymienionych w tym zestawieniu, nie brakowało mu jednak łba na karku. Wszakże to jeden z niewielu piłkarzy, który futbol uprawia dla zabawy – zyski czerpie bowiem z firmy GF Biochemicals, której jest współwłaścicielem. 

Flamini to wzorcowy przykład defensywnego pomocnika, który nie wymyślił prochu w grze do przodu, natomiast instynkt i umiejętność czytania gry pozwoliły mu na godne zastąpienie w składzie Kanonierów Gilberto Silvy i skuteczne wspomaganie Cesca Fabregasa. Był wiernym żołnierzem Wengera, w razie konieczności nie bał się wystąpić na boku obrony (zazwyczaj prawym), często z zupełnie przyzwoitym skutkiem. Na chwilę odszedł do Milanu, jednak uczucie do Arsenalu drugi raz zaprowadziło go pod bramy Emirates.

Olivier Giroud, 253 mecze

goal.com

Chodzący paradoks. Daleko mu do znamienitego łowcy goli, sprintera, wybitnego technika czy króla dryblingu. Prawdę mówiąc, Olivier Giroud nigdy nie powalał ni to statystykami, ni to wyjątkowymi umiejętnościami. Mimo przeciwności, swoją postawą potrafił kupić sobie zaufanie tak wyśmienitych trenerów jak Wenger czy Deschamps, a gdy już ruszył w świat, to nie podbijać serca kibiców drużyn co najwyżej średnich, a spróbować szczęścia w Chelsea.

Jak on to robi? Nie jest w niczym najlepszy, za to we wszystkim dobry. Nie będzie nigdy stawiany w jednym rzędzie z van Nistelrooyem, Drogbą czy Henrym, zostanie jednak zapamiętany jako zupełnie przyzwoity piłkarz. Fani The Gunners nie będą jednak wspominać go szczególnie ciepło – o ile transfer do rywala zza miedzy mógłby pójść w zapomnienie (zwłaszcza, że każda ze stron wiedziała, że czas Giroud w Arsenalu dobiega końca), to nie wszystkie wypowiedzi napastnika Chelsea zostały puszczone mimochodem.

“Zrobiłem krok do przodu przechodząc z Arsenalu do Chelsea. Tutaj będę mógł zdobywać puchary.” Rzecz niby jasna i oczywista, tym bardziej jednak bolesna i dokuczliwa.

Gael Clichy, 264 mecze

gettyimages.com

O ile Giroud przechadzający się wśród kibiców The Gunners może liczyć raczej na chłodne spojrzenia, Gael Clichy spacery po Islington powinien sobie stanowczo darować. Francuz to piłkarz, który do Arsenalu trafił wraz z uzyskaniem pełnoletności, zastępując później na lewej obronie Ashleya Cole’a. Kto spodziewał się, że ich losy potoczą się tak podobnie.

W 2011 roku Francuz postanowił odrzucić propozycję prolongaty nowego kontraktu i poszukać sobie nowego klubu. Powód? Arsenal płacił za mało, do pierwszego mogłoby nie wystarczyć. Był krok od PSG, negocjował z Romą, ostatecznie postanowił kontynuować karierę w Manchesterze City, klubie stanowiącym papierek lakmusowy dla wszystkich, którzy im nie kibicowali. 

“Nie chciałem grać dłużej dla klubu, dla którego co roku ostatnie tygodnie sezonu stanowią wyłącznie rozczarowanie. Chcę wygrywać trofea. Czy decyzja o opuszczeniu Arsenalu była trudna? Nie.”

I sami sobie odpowiedzcie, czy na jego miejscu chcielibyście wpaść na ulicy na grupkę kibiców The Gunners?

Bacary Sagna, 284 mecze

thesun.co.uk

Obiecuję, to będzie ostatnia smutna historia o transferze do Manchesteru City. To ostatni z uciekinierów. Bacary Sagna, jeden z najlepszych prawych obrońców w całej Premier League. Według zeznań, do przenosin na Etihad przekonali go Clichy i Nasri (w Arsenalu persona jeszcze bardziej non grata niż Clichy).

Gdy przychodził do klubu ulubieńcem trybun był Emmanuel Eboue, iworyjski prawy obrońca kochający ofensywne wejścia i twardą grę. Wydawać by się mogło, że Sagna będzie etatowym zastępcą przewlekle kontuzjowanego reprezentanta WKS, szybko jednak pokazał, kto trzęsie miastem. I Emirates.

O dziwo, przeglądając archiwalne komentarze w otchłani kibicowskich serwisów, Sagna cieszył się (i cieszy) może nie sympatią, ale szacunkiem i… zrozumieniem ze strony coraz bardziej pogodzonych z losem fanów. Być może rok 2014 był lepszym momentem na odejście niż rok 2011, a może przy zmianie barw klubowych, tak po prostu, pokazał klasę – czego nie można powiedzieć o Clichym i Nasrim. 

Robert Pires, 287 meczów

the18.com

Z czym kojarzy nam się Robert Pires? Z numerem 7 na plecach. Z The Invincibles. Z dryblingiem, przyjęciem, kulturą strzału. Z typowym francuskim wdziękiem i gracją. Tworzył z Freddiem Ljungbergiem fantastyczne skrzydła w fantastycznych czasach. Prawdziwy piłkarz instytucja.

Ale to nic takiego.

Dla Kanonierów zdobył 84 bramki, uśredniając, w co trzecim meczu punktował rywala – wynik, jak na skrzydłowego, wybitny. Dla porównania, Joe Cole potrzebował ponad siedmiu spotkań w Chelsea na pokonanie bramkarza, Ryan Giggs w Manchesterze United trafiał co szósty występ.

Ale to nic takiego.

Przez 6 lat kariery na Highbury 13-krotnie mierzył się z odwiecznym rywalem z Tottenhamu, notując aż 8 bramek i dorzucając asystę. Spurs byli jego ulubioną ofiarą, grywał przeciwko nim swoje najlepsze mecze.

I tylko to się liczyło.

Laurent Koscielny, 324 mecze

en.as.com

“Sezon w lidze angielskiej jest długi, musisz być przygotowany fizycznie i psychicznie. Ja nie czułem się na tyle silny, by rozgrywać ponad 40 spotkań rocznie. Nie chciałem z powodu kontuzji kończyć kariery. Czy wykonałem krok do tyłu? Tak, ale chciałem, żeby piłka dawała mi jeszcze przyjemność.”

Gdy pierwsza dekada XXI wieku miała się ku końcowi, w ekipie Arsenalu nastało zapotrzebowanie na bohaterów. Jednym z kandydatów na herosa stał się młody Francuz polskiego pochodzenia, który ledwie rok wcześniej reprezentował barwy drugoligowego Tours. Jakie czasy, tacy bohaterowie. Koscielny to obrońca dobry, momentami nawet bardzo dobry, choć nie ma przypadku w tym, że nikt nie ośmielał się porównywać go do tuzów pokroju Johna Terry’ego czy Rio Ferdinanda, a starsi kibice The Gunners ani myśleli stawiać go obok takich sław jak Tony Adams, Sol Campbell i Kolo Toure. Dużo lepszy od najsłabszych, dużo słabszy od najlepszych, choć nie chciałbym w ten sposób w żaden sposób umniejszyć piłkarzowi, który tak wiernie służył Arsenalowi Wengera, a przez rok nawet Arsenalowi bez Wengera. Temu drugiemu służył nawet z opaską  na ręku.

Niezrozumiałe jest natomiast wiadro pomyj, które wylało się na głowę środkowego obrońcy po transferze do Girondins Bordeaux. Piłkarz na krótkim filmie ściąga koszulkę Arsenalu i odrzuca ją w dół, by pokazać się w nowym trykocie. Według wielu, z legendarnym Ianem Wrightem na czele, to okaz braku szacunku. Koszulka ciśnięta na ziemię miała być symbolem. Symbolem, który zostawił zadrę na sercach kibiców The Gunners. Szanowni Kanonierzy, nie szukajcie wrogów na siłę – zwłaszcza pośród “swoich”.

Thierry Henry, 376 meczów

essentiallysports.com

Wyjątkowo drugi. Wyjątkowo, bo dla The Gunners zawsze był pierwszy. 

Kariera Henry’ego nadaje się na film. Być może reżyser byłby pierwszym, który znajdzie odpowiedź na pytanie dręczące kibiców od dwóch dekad. Jakim cudem Carlo Ancelotti, uznany dziś fachowiec, mógł pomylić się aż tak?

To nie ważne. To przeszłość. Manchester City ma swojego Aguero, Chelsea miała Drogbę, jednak żaden z nich nie stał się w swoim klubie postacią tak ikoniczną, wręcz mityczną, jak Thierry Henry w Arsenalu. W Arsenalu, do którego mało która drużyna, pisząc kolokwialnie, “miała podjazd”. Symbol The Invincible, czterokrotny król strzelców Premier League, dwukrotny piłkarz roku w Anglii. Dla Kanonierów zdobył 226 bramek – to nie tylko absolutny rekord w klubowych annałach (drugi Wright uzbierał ich “zaledwie” 185), ale i wynik którego długo nikt nie pobije. Nie chodzi tu nawet o złośliwą, choć obiektywną, ocenę jakości sportowej dzisiejszego Arsenalu i każdego zawodnika z osobna. To skala wyczynu jest niewiarygodna i onieśmielająca.

Thierry Henry był też bohaterem, moim zdaniem, najbardziej spektakularnego i romantycznego powrotu w angielskim futbolu. Więcej przeczytacie w jednym z poprzednich tekstów: KLIK.

Patrick Vieira, 398 meczów

foxsports.com.au

“Jestem zachwycony dołączając do Arsenalu w tym samym czasie co Pan Wenger. Rozmowa z trenerem w ojczystym, francuskim języku, znacznie ułatwi mi życie.” 

Dziś mówimy o tym “spoiler”. Gdy Vieira dołączał do Arsenalu w 1996 roku, klubem zarządzali tymczasowo Stewart Houston i Pat Rice, którzy przejęli obowiązki po zwolnionym za słabe wyniki Bruce’ie Riochu. Wenger był jeszcze, przynajmniej oficjalnie, szkoleniowcem japońskiego Nagoya Grampus. Jak widać, już ćwierć stulecia temu trudno było utrzymać w tajemnicy tak poważne sprawy jak zmiana na ławce The Gunners.

Sam Vieira był wtedy młodym adeptem, który piłkarskie szlify zbierał w wielkim AC Milan. W stolicy Lombardii rozegrał dwa spotkania i mało kto spodziewał się, że do stolicy Anglii przybywa nie tylko kawał piłkarza, ale facet z wielką ambicją i równie wielkimi cojones.

Był pierwszym kapitanem mianowanym przez Wengera (Tony Adams był nie do ruszenia na długo przed przybyciem francuskiej legendy), a jego pojedynki z Royem Keanem stały się klasyką gatunku Premier League. Lider, bo wszak to on poprowadził z opaską kapitańską na ramieniu Arsenal do historycznego mistrzostwa w 2004 roku. Mistrzostwa, które będzie wspominane jeszcze przez długie, długie lata.

Dlaczego odszedł? Należałoby zapytać samego Vieiry, jednak bacząc na jego sukcesy we Włoszech, na pewno żałował. Jak sam tłumaczy: “W 2005 roku odpoczywałem na Bahamach. Gdy wróciłem, Arsene powiedział mi, że przyszła oferta z Juventusu. Zapytał, co zamierzam. Zrozumiałem sugestię: jeżeli chcesz odejść, po prostu to zrób.” Czy Arsenal z Vieirą w składzie pokonałby Barcelonę i sięgnął po wymarzony, pierwszy w historii Puchar Europy? Kibice Arsenalu z pewnością zadają sobie to pytanie, a my, jak nakazuje klasyk, pozwólmy im śnić.

No i na koniec: Tak, Patrick Vieira zagrał dla Manchesteru City. Nie, nie ośmielaj się porównać go do Nasriego i spółki – The Gunners cię namierzą. I nawet nie zastanawiaj się, co z tobą zrobią.