gettyimages

gettyimages

Squadra azzurra znad Mersey

Czy Carlo Ancelotti jest odpowiednim menedżerem dla Evertonu? Życzymy szczęścia!

Everton to klub, który prezentuje typowe angielskie podejście do wszystkiego co włoskie. „Makaroniarze? Nie, dzięki, z nimi Premier League nie podbijemy!” Przed sezonem 05/06 wypożyczony na Goodison został Matteo Ferrari, sześć lat wcześniej, przez bity rok, barwy The Toffees przyodziewał słynny Marco Materazzi. Jedynym, któremu w niebieskiej części Liverpoolu udało się osiąść na dłużej, był Alessandro Pistone, choć kto by tam o nim jeszcze pamiętał. I na tym koniec – przynajmniej do rozpoczęcia aktualnego sezonu.

Niebieskie trykoty to prawdopodobnie jedyna cecha łącząca zespół z Merseyside i reprezentację Włoch. I w takim kolorze do twarzy musiało być Moise Keanowi, przynajmniej w mniemaniu popularnego Mino Raioli. Agent, ba, superagent, uznał, że młody napastnik jest zbyt dumny na ławkę Juventusu, a Paolo Dybala i Cristiano Ronaldo to mały pikuś przy utalentowanym łowcy bramek, który w Turynie swoje szanse przecież dostawał (i swoje też strzelił). Co najważniejsze, prowizja z transferu okazała się bardziej kusząca niż ta, którą dostałby za prolongatę nowej umowy.

Tekst powstał przy pomocy prowadzącego serwis Everton Polska.

Skoro Fabio Paratici nie potrafił sprzedać latem Mario Mandżukicia i powracającego z wygnania Gonzalo Higuaina, dyrektor Bianconerich spakował nastolatka w dwie walizki i krzycząc „Arrivederci!” pognał go tam, gdzie pieprz rośnie. Anglia stała otworem i czekała na nowego golleadora. No więc pojechał. I przepadł.

Przyszedł czas na szukanie winnych. Pierwszym oskarżonym został Dominic Calvert-Lewin. Urodzony w Sheffield snajper robi postęp z sezonu na sezon. 4 bramki, 6 bramek, w tym sezonie, chociaż mamy dopiero jego półmetek, nastrzelał ich już 9 i nie zamierza na tym poprzestać. C-L rozgrywa najlepszy sezon w karierze i za jego sprawą środek ataku, obok bramki, jest najmniejszą bolączką kolejnego menedżera The Toffees. I choć śmiałe, krzykliwe brukowce wyjątkowo nieśmiało łączą go raz na ruski rok z silniejszymi zespołami, nie wydaje się, by Anglik w najbliższym czasie miał opuścić Goodison.

Nieco krzykliwiej jest w przypadku Richarlisona. Brazylijczyk także grywał już w środku ataku, choć nie jest to dla niego wymarzona pozycja. Tak czy siak, do tej pory wydawał się znacznie lepszym wyborem od Keana. Nieznane są jednak wyroki boskie – choć 22-latek jest bez cienia wątpliwości najbardziej utalentowanym piłkarzem Evertonu, nie wiemy, czy nogi nie poniosą go dalej. W myśl powiedzenia „z niewolnika nie ma pracownika”, choć z kwaśnymi minami, fani Evertonu pożegnaliby Richarlisona w przypadku przyzwoitej (tj. kilkudziesięciomilionowej) oferty. Zwłaszcza, że to wciąż nie jest absolutny światowy top – by osiągnąć taki poziom, czeka go całe mnóstwo pracy.

Kean? Problemem nie jest brak umiejętności czy skuteczności. Bywało, że spośród wybitnych nazwisk w ataku Juventusu, on strzelał najregularniej. Wchodził z ławki, gol. Wychodził w podstawowym składzie na słabszego rywala, gol. Max Allegri, choć zgodnie ze swoją filozofią bardzo rozsądnie rozdzielał minuty dla młodego piłkarza, wydawał się być oczarowany jego potencjałem. Problem tkwił w głowie młodego Włocha. I w głowie jego agenta. Włoch szybko poczuł się gwiazdą, nic zresztą dziwnego – jego wielkim idolem jest były piłkarz Manchesteru City i Liverpoolu, Mario Balotelli.

Moise był zafascynowany Supermario i nie powinno to nikogo dziwić, zważywszy na podobną historię łączącą obu napastników. Dwóch ciemnoskórych chłopców, Chojnie obdarzonych przez Boga, którzy najchętniej zapomnieliby o istnieniu biologicznych ojców. Zresztą ojciec Keana wielokrotnie kompromitował go w mediach, domagając się publicznie dwóch traktorów marki New Holland, które rzekomo obiecali mu włodarze Juventusu za przedłużenie kontraktu z jego synem. Oprócz traktorów, jego ulubionym tematem była miłość Moise do AC Milanu – kolejne, co łączyłoby go z Balotellim.

Bianconerim nie wystarczyło ani cierpliwości, ani pieniędzy, by utemperować zapędy młodego chłopaka. Mino Raiola widział w nim potencjał na gwiazdę światowego formatu i nie mógł znieść, że ten regularnie grzeje piemoncką ławkę. Powrót na Alianz Stadium Higuaina, którego później Paratici pozbyć się nie potrafił, zwiastował jedno – dla Keana miejsca w Turynie po prostu musiało zabraknąć. Wylądował w Evertonie, miał zostać super snajperem. Niestety, resztę historii znamy.

W końcu do miasta Beatlesów przyjechał on, cały na biało… Kto, jeżeli nie Carlo Ancelotti, jeden z najznamienitszych włoskich trenerów, miałby doprowadzić Keana do porządku?

Włoskiego menedżera przedstawiać nie trzeba. AC Milan, Real Madryt, Chelsea, Bayern, PSG i nawet nieco zapomniany epizod w Juventusie – CV godne najlepszych. Co sprowadziło go do Evertonu?

The Toffees to drużyna, która od lat nie może zająć należnego im miejsca w ligowej tabeli. Ambicje klubu rok w rok sięgają gry w europejskich pucharach i choć trudno wyobrazić sobie Liverpoolczyków w Lidze Mistrzów, to Liga Europy powinna być co sezon absolutnym must have. Rzeczywistość jednak bywa brutalna.

Zwolnienie Marco Silvy nie było niczym zaskakującym – nie on pierwszy i nie ostatni poległ w klubie dużego kalibru, choć wcale nie jest tak złym trenerem, jakby mogło się wydawać. Nad Portugalczykiem nie zamierzam się pastwić – było, minęło. Stery przejął legendarny Duncan Ferguson i poradził sobie nadzwyczaj dobrze. Udane występy przeciwko Chelsea i Manchesterowi United poddały w wątpliwość sens poszukiwań nowego szkoleniowca, choć, nauczeni doświadczeniem innych, włodarze Evertonu wykazali się rozsądkiem uznając, że efekt nowej miotły w końcu mija. Nie chcieli mieć swojego Ole Gunnara Solskjaera.

Jakże przewidywalne było, że media zaczną łączyć Davida Moyesa z powrotem na Goodison Park. Wszak jest to człowiek, który przez lata budował dobre imię klubu. Fani The Toffees mogą mówić, co im się podoba, jednak większość z nich z sentymentem i uśmiechem na twarzy wspomina stare, dobre czasy, gdy Szkot czuwał nad wynikami ich zespołu. Trudno jednak zapomnieć o tym, co działo się w Manchesterze United, choć od tego czasu minęły już futbolowe wieki. I na nic zdają się slogany, że w buty Fergusona wskoczyć się nie dało. Moyes zawiódł. Teraz, świeżo po zwolnieniu z West Hamu, wraca do Londynu by po raz enty próbować odzyskać twarz. W Evertonie nie ma jednak czasu ani miejsca na odbudowę zszarganego wizerunku.

Kto zresztą myślałby o Moyesie, gdy na horyzoncie pojawiła się taka okazja. Nie ma znaczenia, że Ancelotti dopiero co został wyrzucony z Napoli – to zespół wyniszczony od środka przez gorącokrwistego właściciela, fanatycznych kibiców i sfrustrowanych piłkarzy należących do tzw. grupy trzymającej władzę. Być może dla Carletto lepiej byłoby ubiec De Laurentisa i własnoręcznie przekazać wypowiedzenie, ten jednak do końca nie chciał złożyć broni mimo wyłącznie niesprzyjających okoliczności – tym większy szacunek, bo nie każdy lubi grzęznąć w błocie. Kłopoty Evertonu, wobec tego z czym miał do czynienia w mieście Wezuwiusza, to bułka z masłem.

Doświadczony szkoleniowiec na wygrywaniu zna się jak mało kto, poza tym, w swojej bogatej karierze posmakował już zwycięstwa w Premier League, choć na Goodison raczej sukcesu z Chelsea nie powtórzy. Ścieżkę udeptali mu Claudio Ranieni, Antonio Conte i nawet Maurizio Sarri, którzy udowodnili, że makaroniarz w Anglii wcale nie musi oznaczać końca świata. Kibice Evertonu są zresztą zadowoleni – to był najlepszy z możliwych wyborów. Zachęca warsztat pracy, bogate doświadczenie i osiągane sukcesy. A styl? Czy jest odpowiedni dla The Toffees? Nieważne. Gdy wyniki będą odpowiadały oczekiwaniom, każdy styl będzie dobry.

Carlo nie będzie zarzucał piłkarzom wędki, jak miał to w zwyczaju Ferguson. Praca w Napoli uświadomiła mu, jak delikatnie i subtelnie należy obchodzić się z potencjałem ludzkim. Gdy jednak będzie potrzebował autorytetu z wewnątrz klubu, Duncan będzie pod ręką – kolejny dobry ruch włodarzy, wybór asystenta był perfekcyjny i naturalny. Obaj panowie będą uczyć się od siebie nawzajem. Ferguson nauczy się trochę warsztatu trenerskiego, Ancelotti zaś nauczy się… Evertonu.

Włoch ma w czym rzeźbić. Calvert-Levin, Richarlison czy Pickford to piłkarze, którzy są w stanie zagwarantować wysoki poziom. Coraz pewniej radzi sobie wychowanek klubu, Tom Davies, w którym pokładane są niemałe nadzieje. Reszta? Coś tam się dobierze, a klub potrafi sypnąć groszem w imię wzmocnień. Ważne, żeby tym razem były one dobrze przemyślane.

Ten sezon, z uwagi na dotychczasowy przebieg, wydaje się być spisany na straty, jednak w następnym taryfy ulgowej już nie będzie. Przy obecnej kadrze, budżecie i – przede wszystkim – osobie szkoleniowca, Everton musi zagrać w Europie. Inaczej? Koniec świata.

A Kean? Możemy tylko wróżyć z fusów. Jedno nie podlega dyskusji – młody piłkarz ma się od kogoś uczyć a Carlo, człowiek o pogodnym, włoskim podejściu, zrobi wszystko, by nie sprowadzić swojego rodaka na manowce. Jeśli jednak Ancelotti nie da sobie z nim rady, będzie trzeba pogodzić się z losem i oddelegować. Im dalej, tym lepiej.

Tekst powstał przy współpracy z prowadzącym facebookowy fanpage Everton Polska. Bez cennych wskazówek, informacji i opinii, nigdy by nie powstał. Dziękuję za współpracę i pomoc.