Szaleniec na nogach z makaronu

Podobno bramkarz musi być nieco szalony. Bruce Grobbelaar pasuje więc jak ulał!

Stara ludowa prawda rzecze, że dobry bramkarz musi być odrobinę szalony. W naszej interpretacji moglibyśmy wyróżnić golkiperów zrównoważonych więc słabych, lekko stukniętych, całkowitych świrów i Bruce’a Grobbelaara.

Urodzony w RPA zawodnik to postać co najmniej barwna, nie tylko ze względu na trykoty, które przyodziewał w meczach narodowej reprezentacji Zimbabwe. Cechowały go niepowtarzalny ekscentryzm, zamiłowanie do życia i olbrzymia pewność siebie. Śmiało zakładamy, że wyłącznie skala tejże pewności pozwoliła mu przetrwać trudy pierwszych miesięcy na Anfield.

Nim trafił do miasta Beatlesów, grywał w zimbabwejskim Highlanders, południowoafrykańskim Durban City i kanadyjskim Vancouver Whitecaps. Miejsca egzotyczne i prowincjonalne, wobec których jedyną szansą by wypłynąć na szerokie wody było wypożyczenie do czwartoligowego Crewe Alexandra. Do składu The Railwaymen wkroczył jak po swoje – zachował 8 czystych kont w 24 meczach, a w spotkaniu z York City, choć tylko z karnego, pokonał swojego boiskowego vis-a-vis. Udane występy Zimbabwejczyka, bo sam siebie za takiego uważa, na Gresty Road szybko przykuły uwagę skautów z Liverpoolu. Być może nawet oni sami nie spodziewali się, że pośród półamatorskiej szarzyzny wyłowią taki diament.

Urocze lica włodarzy z Merseyside wespół z 250 tysięcami funtów oczarowały Kanadyjczyków, którzy wciąż posiadali pełne prawa do piłkarza, a transfer został potwierdzony 17 marca 1981 roku. Liverpool miał genialny w swojej prostocie plan na rozwój Grobbelaara i, jak to najczęściej bywa, w trybie przyspieszonym tenże prysnął niczym mydlana bańka. Bruce miał zbierać bramkarskie szlify pod egidą Raya Clemence’a – prawdziwego fachmistrza, legendy i ulubieńca The Kop, który w barwach The Reds zdobył wszystko, co się dało i to do kwadratu. Anglik niespodziewanie zdecydował się jednak na transfer do Tottenhamu, pozostawiając młodego padawana samemu sobie. Nietrudno się domyślić, jak to się skończyło.

Nie byłoby sprawiedliwie pierwszych meczów Grobbelaara nazwać słabymi, więc skategoryzujmy je jako małą katastrofę. 24-latek tracił mnóstwo bramek, a Liverpool jeszcze więcej punktów. W dużej mierze były to strzały, z którymi nikt na tym poziomie nie powinien mieć najmniejszych problemów. Sprawy w swoje ręce wziął ówczesny menedżer, legendarny Bob Paisley. Mimo stanowczej, surowej wręcz postawy, nie tracił wiary w swojego podopiecznego.

W grudniu 1981 roku Liverpool zajmował 13. lokatę w ligowej tabeli, tracąc do lidera 13 punktów. Napiętą sytuację miał poprawić rozgrywany w Boxing Day mecz z Manchesterem City. Jak na ironię, spotkanie zakończyło się łatwym zwycięstwem The Citizens 3-1 w czym dużą zasługę miał, a jakże, Grobbelaar. Po latach przyznał, że rozczarowany Paisley wziął go po meczu „na stronę” pytając dyskretnie, jak golkiper ocenia swoje pierwsze pół roku na Anfield. „Mogło być nieco lepiej” to jedyne, co piłkarz dał radę z siebie wydusić. Szef docenił błyskotliwość tego określenia dorzucając, że jeżeli Bruce nie przestanie popełniać idiotycznych błędów, z powrotem wyląduje w czwartej lidze.

Niemal 40 lat później trudno jest zweryfikować, jaki wpływ na formę Zimbabwejczyka miała przytoczona rozmowa. Fakty pozostają jednak faktami – Grobbelaar rósł w oczach, a wraz z nim odżyła cała drużyna. Co prawda bramkarz nie wyzbył się nigdy maniery popełniania gaf, ale udało mu się znacznie ograniczyć ich ilość, a zamiast nałogowo tracić cenne punkty zaczął je ratować. Opadł kurz, a The Reds z nową gwiazdą między słupkami sięgneli po mistrzowski tytuł dokładając do tego Puchar Ligi. To drugie osiągnięcie nabrało wymiaru symbolicznego, bowiem w bezpośrednim, finałowym pojedynku Bruce okazał się lepszy od Raya Clemence’a. Dawid poniósł Goliata na tarczy.

Lata mijały, a brzydkie kaczątko przeobraziło się w dorodnego łabędzia. W maju 1984 roku żaden fan Liverpoolu nie wyobrażał sobie, by w bramce miał stanąć ktoś inny. Mocna pozycja w drużynie nie mogła jednak uczynić łatwiejszym wyzwania, jakim był rozgrywany w Rzymie finał Pucharu Europy przeciwko miejscowej AS Romie. Najważniejszy mecz sezonu, ba, kariery, włoski przeciwnik grający na własnym podwórku. Bruce zdawał się jednak nic sobie z tego nie robić.

„Jako pierwsi wyszliśmy do tunelu i zaczęliśmy śpiewać I don’t know what it is, but I love it Chrisa Rea’i. Im dłużej zwlekali rywale, tym my byliśmy głośniejsi. Gdy wyszli z szatni wyglądali na zszokowanych. Graeme Souness szepnął mi do ucha: Mamy ich!”. Souness miał rację. Mieli.

Spotkanie nie należało do najwybitniejszych – może nie rozczarowało, ale o tym, co działo się w podstawowym czasie gry, nie opowiadano przez dekady. Ot, najzwyklejsze, przeciętne 1-1. Historia dopiero miała się napisać, bowiem po raz pierwszy miano klubowego mistrza Europy zależało od powodzenia w konkursie rzutów karnych. Role się obróciły – to bramkarze znaleźli się w świetle jupiterów, strzelający stanowili zmieniające się tło.

Bruce rozgrywał swój własny mecz. Istnym fenomenem było, że bohaterem został bramkarz, który nie obronił ani jednego strzału. Wygrały proste gry psychologiczne, po mistrzowsku skonfundował napastników. Przed drugą serią próbował przegryźć siatkę, przed kolejnymi w ekstrawagancki sposób wił się na nogach, co po dziś dzień określane jest jako „nogi spaghetti”. Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć samemu. Nogi spaghetti były prototypem „Dudek Dance” a bramkarze Liverpoolu już na zawsze zostaną zapamiętani ze swoich zachowań na linii bramkowej. Swoje próby zepsuło dwóch piłkarzy Giallorossich, a Grobbelaar, nie po raz ostatni, znalazł się na ustach wszystkich.

Co sam najlepiej zapamiętał z tego dnia? „Gdy zmierzałem w stronę bramki, Joe Fagan objął mnie i powiedział: Słuchaj, nikt nie będzie Cię winił, jeżeli nie obronisz karnego. Ja, trenerzy, prezes, dyrektorzy, twoi koledzy i kibice. Nikt. Te słowa dodały mi otuchy, stres wyparował. Na odchodne rzucił jeszcze: Postaraj się wybić ich z rytmu. To właśnie zrobiłem, wybiłem z rytmu dwóch reprezentantów Włoch, Bruno Contiego i Francesco Grazianiego.”

To nie musiał być pierwszy tryumf Grobbelaara w Pucharze Europy. W 1981 roku, niespełna 3 miesiące po transferze, Bob Paisley zakomunikował mu, że będzie zmiennikiem Raya Clemence’a w finałowym starciu z Realem Madryt. Bramkarz wprawił swojego zwierzchnika w osłupienie komunikując, że miejsce na ławce należy się doświadczonemu Steve’owi Ogrizoviciowi. Menedżer wyraził zgodę, warunkiem była jednak rozmowa obu bramkarzy, w której Bruce miał we własnej osobie przekazać instrukcje starszemu koledze. Co miał zrobić, to zrobił. Na własne życzenie pozbawił się najłatwiejszego złotego medalu w karierze i cierpliwie czekał na swoją kolej.

Mimo altruistycznej postawy i pogodnego nastawienia do życia, nie zawsze żył w przyjacielskich stosunkach z kolegami z zespołu, o czym na własnej skórze przekonał się Steve McManaman. We wrześniu 1993 roku, gdy Grobbelaar powinien raczej służyć radą i doświadczeniem, dał o sobie znać wybuchowy temperament Zimbabwejczyka. Bramkarz dwoił się i troił, by uratować choćby punkt na Goodison Park, jednak był to jeden z tych dni, kiedy drużynie nie wychodziło absolutnie nic. Zmasowane ataki Evertonu jeszcze w pierwszej połowie zostały ukoronowane zdobyciem bramki co wprawiło Bruce’a w prawdziwą furię. Zaczął wściekle wymachiwać rękoma, po czym rzucił się na będącego w pobliżu McManamana. Młody pomocnik usłyszał parę cierpkich słów o zaangażowaniu całej drużyny i wszystko poszłoby w zapomnienie, gdyby skończyło się na perswazji ustnej. Z powództwa bramkarza doszło jednak do rękoczynów, wywiązała się jedna z najsłynniejszych szarpanin między zawodnikami tej samej ekipy w historii angielskiego futbolu. Nie trwało to długo, ale Anglik raczej nigdy później nie wdawał się w dyskusję z bramkarzem The Reds.

Pod względem wyczynów pozaboiskowych Bruce upodobał sobie derbowe mecze z The Toffees. Podczas jednego z nich, na długo przed starciem z McManamanem, przez całą pierwszą połowę był obrażany przez kibiców z niebieskiej części miasta, którzy nadali mu miano „króla klaunów”. W przerwie meczu, gdy Everton prowadził 1-0, Grobbelaar dostał od nich błazeńską maskę. W swoim stylu podziękował za podarunek, założył ją na twarz i obrócił w taki sposób, by była skierowana w stronę trybun. Liverpool wygrał 3-1, a sam zainteresowany uznał to spotkanie jako jedno z lepszych w swojej karierze.

Kochał takie smaczki. W pewien deszczowy dzień, kiedy The Reds gromili swojego rywala 5-0, pożyczył od kibica parasol, rozłożył go i stał pod nim do ostatniego gwizdka. W momentach tryumfu paradował w dziwacznych nakryciach głowy, nie rozstawał się z majestatycznym wąsem, w końcu zapuścił mały warkoczyk z tyłu głowy. Pozowanie do zdjęć sprawiało mu radość a uśmiech na jego twarzy nie bladł.

Na murawie kradł show. Pole karne było jego królestwem, a piłka własnością. Miał ponadprzeciętny refleks, a co najważniejsze, potrafił sprawić by najprostsza interwencja wyglądała jak cuda na kiju. Jeżeli piłka nożna to widowisko, Grobbelaar rozumiał jej istotę jak mało kto. The Kop oddało mu serca na długie 13 lat. W tym czasie rozegrał 627 spotkań i zdobył 13 pucharów – nieźle jak na kogoś, kogo na Anield mogło, a wręcz powinno nie być już po pół roku.

Czy życie Bruce’a Grobbelaara to sielanka, niekończące się momenty chwały i zabawne wydarzenia? Bynajmniej. W 1994 roku stał się bohaterem afery korupcyjnej, w którą zamieszani byli także Hans Segars i John Fashanu. Ten wstydliwy rozdział był ostatnim we wspólnej historii Grobbelaara i Liverpoolu. Zmiana pokoleniowa nastąpić musiała tak czy siak, a młody David James już zdążył wygryźć weterana z bramki The Reds. Reprezentantowi Zimbabwe, który bagatela został oczyszczony z zarzutów, należało się jednak inne, lepsze pożegnanie z Merseyside. Do dziś całą sytuację wspomina niechętnie i traktuje jako swoją osobistą krucjatę.

Jak sam uważa, miał za co odpokutować, wszak przyziemna afera korupcyjna ma się nijak do patosu życia i śmierci. Właśnie śmierć podążała z nim ramię w ramię od młodzieńczych lat, gdy po ukończeniu szkoły średniej został zmobilizowany i wcielony do armii. Brał udział w wojnie domowej w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) i nazbyt dobrze pamięta widok jego towarzysza broni, który w akcje zemsty i desperacji odcinał uszy wrogim żołnierzom, którzy zabili całą jego rodzinę. Grobbelaar nie pamięta lub nie chce ujawnić, ilu ludzi sam pozbawił życia, przyznaje jednak, że było ich wielu. Przepraszał, ale przeszłości zmienić nie potrafi.

Brał udział w finale Pucharu Europy na belgijskim Heysel, przed którym życie straciło 39 kibiców Juventusu. Brał udział w półfinałowym meczu FA Cup na Hillsborough, po którym 96 fanów The Reds nigdy nie wróciło do swoich domów. Jakim cudem Bruce poradził sobie z tym wszystkim? Nie było łatwo, ale jak sam przyznał, on po prostu kocha życie – i to doskonale spina klamrą jego historię.