Szpica brazylijska, sprawa angielska

Atak Canarinhos nie był tak mocny od czasów El Fenomeno. Wszystko za sprawą reprezentantów Premier League!

Rok 2006. Reprezentacyjną karierę kończy Ronaldo, przez jednych nazywany „prawdziwym”, przez innych „grubym”. Właśnie wtedy pozycja nr 9 w reprezentacji Brazylii stała się obrazem nędzy i rozpaczy. Vagner Love, Leandro Damiao, Grafite, Alexandre Pato, Diego Tardelli, Jonas, Luiz Adriano, Ricardo Oliveira. 34 bramki w 119 meczach. Opada kurtyna. Kurtyna milczenia.

Problem w ataku Canarinhos trwał przez dekadę, dopóki zespołu nie przejął Tite. Nowy selekcjoner ocenił to, co ma, z politowaniem i pożałowaniem kręcił głową i w nieskończoność próbował wciskać reset. W końcu postawił na nastoletniego Gabriela Jesusa, zawodnika Palmeiras, który odpłacił mu dwiema bramkami w debucie. Do zdobycia „dwucyfrówki” potrzebował 17 spotkań.

Tite wykrzykiwał, że chłopak jest „zabójczy”, Dani Alves obwieszczał światu pojawienie się nowego Ronaldo. „Będzie jednym z największych”. Problem miał zostać rozwiązany, tym razem nie tylko chwilowo.

Jest rok 2020. Nie wszystko wygląda tak, jak miało. Jesus przeżywał wzloty i upadki, stając się zresztą symbolem epoki Tite. Przybyło mu dwóch konkurentów do walki o miejscu na reprezentacyjnej szpicy. Każdy z nich zarabia na życie w północno-zachodniej Anglii.

Pole position należy do Roberto Firmino, który po rozgrywanym na rosyjskiej ziemi Mundialu zajął miejsce Jesusa i był kluczowy dla sukcesu w Copa America. W kolejnym narożniku czai się już Richarlison, który w reprezentacji zajmował pozycję nr 9 zanim na taki pomysł wpadł sztab Evertonu. Według Tite, jest on opcją numer jeden, gdy selekcjoner potrzebuje kogoś bezpośredniego i silnego.

Istnieją też inne opcje, jak Gabriel Barbosa z Flamengo. Umówmy się jednak – o miano następcy Ronaldo powalczą przedstawiciele Premier League.

Wydawać by się mogło, że Jesus jest uprzywilejowany. Strzelił najwięcej goli (bo aż 18) odkąd selekcjonerem jest Tite, nawiązał porozumienie z Neymarem, miał dobrą prasę i był kluczowym elementem układanki w trudnych meczach z Wenezuelą, Peru i Chile. Piękny sen skończył się w Rosji. Napastnik biegał jak szalony, nie zdobył jednak ani jednej bramki w pięciu spotkaniach. Frustracja rosła. W ćwierćfinale z Belgią Tite wytrzymał ledwie 58 zanim ściągnął piłkarza z boiska. I tak zbyt długo, choć ożywiło to narodową debatę.

„Lubicie Tite. Ja także” – napisał Jose Luiz Portella. „Jest najlepszym menedżerem w Brazylii i sprawił, że na nowo uwierzyłem w tę kadrę. Jest jednak bardzo uparty, był gotów iść do grobu razem z Gabrielem Jesusem, bez względu na wyniki. Nie mówcie mi tylko, że [Jesus] był istotny dla taktyki. Dla napastnika najlepsza taktyka to umieszczenie piłki w siatce.”

Po Mistrzostwach dla Jesusa zabrakło miejsca w składzie. W jego miejsce wskoczył Firmino, co, według wielu, powinno nastąpić jeszcze przed rozpoczęciem rosyjskiego turnieju. Za zaufanie podziękował bramką w sparingu ze Stanami Zjednoczonymi we wrześniu 2018 roku. Raz wywalczonego miejsca postanowił już nie oddać.

Firmino wiele zawdzięcza swojej cierpliwości. Przez lata nie potrafił zdobyć serc kibiców „Selecao”. Być może nie miał okazji pokazać im, na co go stać – do niemieckiego Hoffenheim trafił zanim zagrał w brazylijskiej pierwszej lidze. „Brazylię opuściłem bardzo szybko, zanim wskoczyłem na najwyższy poziom” – powiedział kiedyś napastnik Liverpoolu. „Moje imię nie było w kraju szczególnie popularne.”

Odczuł to w roku 2017, gdy był obiektem nielogicznych i niesmacznych porównań. Były napastnik, Walter Casagrande, stwierdził nawet, że drużynie więcej dałby… Jo – nieudacznik z Manchesteru City i Evertonu. Firmino został doceniony dzięki osiągnięciom w barwach „The Reds”, zwlaszcza po zdobyciu Pucharu Europy. Jego specyficzny wachlarz umiejętności przestał być obiektem drwin. Słusznie. Roberto wie kiedy spowolnić, a kiedy przyspieszyć akcję. Czuje się dobrze w pressingu. Jest niezwykle inteligentny, a Tite określił go „brazylijskim Benzemą”. Zakładamy, że to komplement, dla pewności oceńcie sami.

„To nie tylko świetny snajper. Ułatwia życie swoim kolegom” – tak twierdzi inny były napastnik z Kraju Kawy, Tostao. „Ciągle jest w ruchu. Nie jest nastawiony tylko na bramki.” Mogłoby się wydawać, że jest idealnie – a nie jest. W Liverpoolu idealnie współpracuje z Mo Salahem i Sadio Mane, gdy grywa z Neymarem i Coutinho często tworzy tłok w środku pola.

Richarlison nie jest subtelny jak Firmino. Skupia się na tym, by być w polu karnym. W meczu z El Salwadorem zdobył dwa gole i wywalczył jedenastkę. „Nie rozgląda się na boki, przed oczami ma tylko bramkę” – zachwycał się Tite.

Od tego czasu najczęściej występował na skrzydle. Nie można jednak pozostawać ślepym na jego klubowe osiągnięcia na szpicy. Może być kimś takim, kim w 2013 roku przez krótki czas był Fred.

Jak na ironię, jego szansą może być wszechstronność Jesusa. Podczas Copa America napastnik „The Citizens” z przymusu wkoczył na prawe skrzydło i stał się prawdopodobnie najlepszym graczem imprezy. Często robił miejsce Daniemu Alvesowi i nie dał się zaszufladkować jako typowy napastnik grający z przymusu na skrzydle. Nie szukał na siłę drogi do bramki – tak, jak w zwyczaju ma to Richarlison. Zupełnie dobrze rozumie się też z Firmino, z którym teoretycznie powinien był rywalizować.

Jak to wygląda na chwilę obecną? Koszulka z numerem 9 należy do Roberto Firmino. Gabriel Jesus przystosowuje się do częstszej gry na skrzydle, Richarlison to plan „B”, zadaniowiec, który pojawia się, gdy potrzeba nieco szaleństwa. Nie powinniśmy być jednak zdziwieni, jeżeli sytuacja znów się zmieni.

Źródło: theathletic.com