Na pohybel. Czarnym i czerwonym

Antonio Conte w Anglii nie ma już od kilku lat, mimo to wciąż potrafi zadawać ból. Na Wyspach i na półwyspie. Czerwonym i czerwono-czarnym. Ubiegłej nocy cierpiał Milan, wcześniej na co najmniej roczną udrękę skazany został Manchester United.

Preludium przez uwerturą zagrał latem, a całe dzieło skomponował niezawodny Beppe Marotta. Tytuł: Rozmontować Manchester United. Sukces murowany, ofensywne zasieki Czerwonych Diabłów w stanie opłakanym.

Włoska piłka, obok wyspiarskiej, to moja druga futbolowa pasja więc z przyjemnością obejrzałem wczorajsze derby della Madonnina. Po zakończeniu meczu po głowie chodziło mi pytanie: co się stało z Milanem? Szybko zdałem sobie sprawę, że powinienem sformułować je inaczej: co się stało z Interem? Od razu dotarło do mnie, że wynik ustaliły jednostki.

Po pierwsze Alexis Sanchez. Przy bramce Marcelo Brozovicia ściągnął na siebie uwagę obrońców w polu karnym, umożliwiając niepilnowanemu pomocnikowi oddanie smakowitego strzału. Drugi gol to już majstersztyk – nie wiem, o czym myślał odgrywają do Matiasa Vecino, ale decyzja była bezbłędna. Sam Vecino zresztą zachował się jak rasowy snajper, a w Mediolanie jest zazwyczaj rezerwowym. Urugwajczyk znalazł się zimą na radarze Manchesteru United, jednak Inter szybko odrzucił zakusy Anglików.

Na Old Trafford kilka lat temu trafić mógł też Stefan de Vrij, który kierował całą linią defensywną Nerazzurrich. Bramka Lukaku była nagrodą za ciężką, 90-minutową pracę, a zupełnie przyzwoite zawody rozegrał Ashley Young. Kibice United mogli być rozczarowani.

Zresztą, mediolańskie derby były reklamowane jako pojedynek dwóch transferowych przebojów autorstwa Jose Mourinho. Ani Lukaku ani Zlatan Ibrahimović nie zawiedli. Zanotowali po bramce i siali zamęt w szykach przeciwników. Ibrakadabra może mięc pretensje wyłącznie do swoich kolegów, bo sam robił co mógł. Żeby jednak poklepać trzeba mieć z kim.

Włosi kręcili się nieśmiało wokół Romelu Lukaku od marca, przynajmniej wtedy rosły Belg miał zdecydować o odejściu z Manchesteru United. Był wtedy bohaterem cudu w Paryżu, całkiem przyzwoicie radził sobie w lidze. Mimo to nie czuł pełnego wsparcia Ole Gunnara Solskjaera, choć norweskiego menedżera wspomina ciepło i docenia profesjonalne podejście do ich współpracy, nawet pomimo odmiennych piłkarskich światopoglądów. Jak Zabłocki na mydle wyszedł jednak Baby Face Killer, który musi męczyć się dziś na pozycji numer 9 z biegającym od niechcenia Anthonym Martialem, piłkarzem niezłym, ale miernym snajperem.

RL9 nie wróci już na Old Trafford, szanse na to ma natomiast Sanchez. Warunek jest jeden – musi grać słabiej niż z Milanem. Chilijczyk albo przyjedzie do Manchesteru jako rozczarowanie Serie A, albo rozbłyśnie jego gwiazda i tyle o nim w Anglii usłyszą. Dla Czerwonych Diabłów zdecydowanie nie jest to sytuacja typu „win-win”. W Polsce powiemy raczej „i tak źle, i tak niedobrze”.

Old Trafford nie zapłacze szczególnie za Ashleyem Youngiem, choć nie sposób nie docenić jego wkładu w drużynę, w której występował niemal dekadę. Zwłaszcza, że ani Luke Shaw, ani Aaron Wan-Bissaka nie sieją spustoszenia na skrzydłach upadającego giganta. Jedyną alternatywą na boku obrony jest młodziutki Brandon Williams, który powinien mieć komfort spokojnego wprowadzania do pierwszego składu, tymczasem występuje przede wszystkim z konieczności.

Wróćmy do Conte. Byłego selekcjonera squadra azzurra pokochała połowa San Siro, choć ta połowa wolałaby określenie „Stadio Giuseppe Meazza”. Ta czerwono-czarna chciałaby obudzić się w świecie bez Antonio. To nie niechęć, to zwykła zazdrość. Zazdroszczą wyjścia z kryzysu (choć przy problemach Milanu Inter przechodził raczej kryzysik), zazdroszczą Europy i zazdroszczą walki o tytuł. Zazdroszczą tym bardziej, że szkoleniowiec Nerazzurrich był wcześniej łączony z objęciem Il Diavolo.

Conte to także symbol upadku ACM. To jego Juventus odebrał im ostatni tytuł mistrzowski, zyskując ogromną, psychologiczną przewagę w bezpośrednim starciu. Stara Dama wygrała wówczas 2-0, a rewelacyjną partię rozegrał nieoceniony i niedoceniony Claudio Marchisio.

Kolejną szpilkę Włoch wbił w siedzenie Romana Abramowicza, który krnąbrnego Włocha zastąpił jego przeciętniejszym rodakiem, Maurizio Sarrim. Choć ten drugi z Chelsea sięgnął po Ligę Europy, to Conte był tym, który przejął burdel po Mourinho i doprowadził The Blues do mistrzostwa.

Kończąc wyliczankę – choć zostając przy Sarrim – najdłuższą i najostrzejszą szpilę (bo już nie szpilkę) wbił w samo serce Juventusu. Kibice Bianconerich pogodzili się nawet, że ich piłkarska i trenerska legenda poprowadzi „ukochanego” rywala. Nigdy nie pogodzą się jednak z jego sukcesami a tylko w rękach Conte leży zakończenie tego, co sam rozpoczął.

To za jego sterów Juventus wpadł w niepowtarzalny rytm corocznego mistrzostwa i to za sprawą jego Interu marzenia o 10-tym z rzędu scudetto (które wypadłoby za półtora roku) są tak bliskie ulotnienia się, jak jeszcze nigdy nie były. Andrea Agnelli zamiast rozdmuchiwać stare rany mógł przecież pogodzić się ze starym znajomym i na nowo wyruszyć na podbój Italii. Prywatne animozje wygrały, dobre stosunki postanowił wsadzić sobie w… nos. Być może tak samo jak tytuł mistrzowski.

Aktualnie Inter, międzynarodowy zresztą z nazwy, staje się Idyllą dla znudzonych Wyspami. Mediolańczycy to nie tylko połowa starego składu Manchesteru United. Niedawno na San Siro trafił Victor Moses, który, bagatela, tylko raz był ważną postacią Chelsea – The Blues sięgnęli wówczas po tytuł. Z Conte, a jakże, u sterów. W Anglii pograł też Andrea Ranocchia, a zupełnie niezłego Duńczyka, Christiana Eriksena, przedstawiać chyba nie trzeba. Słyszeliście o nim?

Włoski menedżer robi wszystko, by fani Premier League nie zapomnieli o jego istnieniu. Zresztą, trudne jestestwo Włocha będzie przyciągało w jego kierunku lawinę chętnych klubów, a sam długo w Mediolanie stołka nie zagrzeje – to typ Pepa Guardioli, preferuje pracę cyklami, a po dłuższym czasie w jednym miejscu się wypada. Anglia zawsze była dla niego marzeniem i wyzwaniem i nie wygląda na kogoś, kto powiedział ostatnie słowo. Poza tym, w zanadrzu ma jeszcze kilka szpilek do wbicia.