Przygody Piotrusia Pana

Niedola kibiców Manchesteru United doprowadziła ich do panicznego poszukiwania nowego ulubieńca, piłkarza, który winien być symbolem nadchodzącego katharsis zespołu z Old Trafford. Pech chciał, że padło na zawodnika zupełnie nierewelacyjnego, którego nazwisko nie jest i raczej nie stanie się już postrachem najlepszych defensorów ligi – a szkoda.

Prolog futbolowego love story między sympatykami Czerwonych Diabłów a Danielem Jamesem sięga maja 2019 roku, wtedy bowiem po raz pierwszy pojawiły się doniesienia o zainteresowaniu klubu z Old Trafford Walijczykiem. Wyznający przejętą od Liverpoolu i Arsenalu filozofię „kiedyś to było” kibice z wypiekami na licach wspominali o zaskakujących transferach dokonywanych przez sir Aleksa Fergusona, który miast ściągać gwiazdy, preferował zakupy w słabszych i niższych ligach. Walijczyk miał na nowo ruszyć koło w ruch i nadać nową-starą twarz Manchesterowi United. Źle nie świadczyła o nim narodowość oraz fakt gry na skrzydle – z marszu rozpoczęły się porównywania do legendarnego Ryana Giggsa. Sam Giggs zresztą jest wielkim zwolennikiem talentu Jamesa, którego prowadzi w drużynie narodowej i za którego miał świadczyć ręką przed Solskjaerem.

Odkąd w inauguracyjnym sezon meczu z Chelsea zmienił bezbarwnego i nijakiego Andreasa Pereirę, długo miejsca w pierwszej jedenastce nie oddał. 16 spotkań z rzędu wybiegał niemal od A do Z, a z powodów czysto taktycznych boisko opuścił dopiero w przedświątecznym pojedynku z Watford. To spotkanie w wykonaniu Walijczyka musiało zresztą dać do myślenia Solskjaerowi, który w kolejnym meczu (z Newcastle) wolał dać szansę Masonowi Greenwoodowi. Mecz z Burnley skrzydłowy znów przebiegał, podczas klapy z Arsenalem Norweg wytrzymał niepełną godzinę. Niewiele później, bo w 70 minucie, zdjął Jamesa w pucharowym spotkaniu z Wolverhampton.

Fani, którzy pokochali Walijczyka jeszcze przed oficjalnym debiutem, z meczu na mecz utwierdzali się w swoim uczuciu. 22-latek odpłacał się wszystkim, co mógł – i wszystkim, co umiał. Po pierwsze, prędkość z jaką biega wykracza poza zdrowy rozsądek. Urywa się w ułamku sekundy, a gdy rozpocznie sprint, jest nie do zatrzymania. Trudno zarzucić mu brak boiskowej inteligencji – cała rzesza piłkarzy poruszających się tak szybko po drodze gubi własne myśli – Daniel zazwyczaj wie co zrobić, zanim to zrobi. Jest też niezwykle użyteczny w presingu – gdy ustawia się nieco za adresatem podania lub obok jego linii, przejmuje niemal każdą piłkę, która nie została zagrana idealnie w tempo.

Jak świat dugi i szeroki, najlepsi skrzydłowi świata słyną z dwóch atrybutów, które wyróżniają ich spośród zbiorowej szarzyzny. Mam na myśli finezyjny (lub przynajmniej w miarę przyzwoity) drybling i dobre dośrodkowanie. Daniel James nie został obdarzony ni jednym, ni drugim. O ile nad wrzutką pracuje całkiem skutecznie, bo z miesiąca na miesiąc coraz więcej jego dośrodkowań kończyło się strzałami z niezłych pozycji, to wciąż nie są to próby najwyższych lotów. Dryblingu nie ma wcale, w tej materii dużo lepiej wyglądał nawet Antonio Valencia, który przez bite naście lat w Premier League potrafił nabierać obrońców na jeden zwód na prawą nogę. James? W skrócie: wypuścić piłkę i dzida. Co ma być, to będzie. Chociaż dość często przynosi to zamierzony efekt, nie jest to najlepszy i najskuteczniejszy sposób na zrobienie przewagi. To trochę jak kopanie z czuba – czasem zachwyci, jeżeli robisz to jak Ronaldinho. Jak nie wyjdzie, uchodzi za elementarny błąd.

Przymierzając się do pisania tego tekstu, nie mogłem wyzbyć się ze świadomości casusu Milosa Krasicia w Juventusie, który wydał mi się naturalnym 1 do 1 Walijczyka. Gdy jasnowłosy Serb przeprowadzał się do Turynu, miał być tym, który przywróci gigantowi w kryzysie dawny blask (skądś to znamy). Naturalne, choć zupełnie pozbawione pierwsiastka piłkarskiego podobieństwo z Pavlem Nedvedem (w przypadku Jamesa z Giggsem) wywoływało lawinę porównań. To, co przeraża, to podobieństwo w stylu gry obu panów. Ograniczona technika, brak zmysłu do gry kombinacyjnej, typowe kick and rush. W przypadku Krasicia działało to dobrze przez ponad pół debiutanckiego sezonu w Serie A. Gdy rywale go rozczytali, mało która kariera zaliczyła tak spektakularny zjazd.

Na szczęście Daniel James nie stanie się wyblakłą gwiazdą polskiej ekstraklasy – przynajmniej nie powinien. Moja krzywdząca, wstępna opinia tyczyła się wszak wyłącznie atrybutów technicznych, tak, jakbym nigdy nie grał w Football Managera i zapomniał o kwestiach fizycznych i mentalnych. Gdyby bowiem zrobić Jamesowi rentgenowskie prześwietlenie okazałoby się, że chłopak posiada dodatkowe płuco. Jest nad wyraz wytrzymały, poza tym nieźle trzyma się na nogach, upadając tylko wtedy, kiedy upadłby każdy śmiertelnik na jego miejscu. Nikłe doświadczenie w angielskiej ekstraklasie wciąż skutkuje małym autorytetem u sędziów, którzy często (zazwyczaj niesłusznie) podejrzewają go o nurkowanie, ale z biegiem czasu i to się zmieni.

Abstrahując od wytrzymałości i siły (choć wciąż nie wiem, gdzie ją magazynuje przy tak niewielu centymetrach), nie wygląda na kogoś, kto da sobie w kaszę dmuchać. Krasić przecież po roku w Juventusie był nie tyle przygaszony, co całkowicie zgaszony. Nie poradził sobie z oczekiwaniami i presją, całkowicie godząc się na pożegnanie z poważną karierą. James wygląda na Piotrusia Pana, wiecznego chłopca, który poświęci życie dla każdej przejętej piłki. Bo gra sprawia mu przyjemność.

Przerażający jest fakt, że miłość ze strony kibiców przeradza się powoli w nieracjonalne szaleństwo wiążące się z totalnym zaślepieniem. Spotkałem się nawet z opinią kibica Manchesteru United, który komentując jeden z artykułów na Facebooku doszedł do wniosku, że James prowadzi piłkę tak dobrze jak Ryan Giggs i Leo Messi. Zaślepienie? To nie jedyna przesadzona opinia, choć „najbarwniejsza”. Fani Czerwonych Diabłów słusznie dostrzegają masę atutów skrzydłowego, nie chcą jednak dopuścić do świadomości jego mankamentów, których także jest bez liku.

Walijczyk jest skrojony na ławkę Manchesteru United, to zawodnik do rotacji, za czasów Fergusona mógłbym nawet nazwać go „zadaniowcem”. Radzi sobie świetnie w kontrataku, nie ma pojęcia o ataku pozycyjnym. Gra kombinacyjna u boku wykastrowanego ofensywnie Aarona Wan-Bissaki sprawia mu ból. Zresztą zdecydowanie lepiej prezentuje się na lewym skrzydle, które – zupełnie słusznie – jest zmonopolizowane przez Marcusa Rashforda. Klasa i umiejętności obu zawodników znajdują się na innych piętrach, co śmieszniejsze, to najlepszy w zespole z Old Trafford Rashford jest stale krytykowany za brak stabilności. Jego walijskiego rówieśnika wciąż chroni immunitet.

Rocznikowo, James ma 23 lata i trudno oczekiwać, że nagle przebudzi się w nim ogromny talent. Zadzierność i wytrzymałość może jednak sprawić, że po powrocie United na panteon stanie się kimś pokroju Parka Ji-Sunga. Koreańczykowi daleko było od piłkarskiego ideału, ale do dziś wspomnienie o nim przywołuje uśmiechy na twarzach kibiców. Po przybyciu z PSV Eindhoven zdobył do spółki z Fergusonem wszystko, w tym Ligę Mistrzów i niezliczoną ilość tytułów mistrzowskich. Nigdy jednak nie był gwiazdą, tym bardziej liderem drużyny. W ten sam sposób postrzegany winien być James – i nie jest to żaden wstyd. Ławka w Manchesterze nie wydaje się najgorszą pracą na świecie, a Diabły wciąż potrzebują prawego skrzydłowego z prawdziwego zdarzenia.