Henri Saivet: oczekiwania kontra rzeczywistość

Miał być gwiazdą futbolu. Co się stało z legendarnym talentem Football Managera?

Chyba każdy szanujący się fan piłki nożnej grał, grywał lub zagrał w Football Managera. Każdy kolejny „FM” czarował grywalnością, nowoczesnym silnikiem gry i przyjemnym interfejsem. Dla domorosłych graczy-skautów od niemal dwóch pokoleń najważniejsze były jednak poszukiwania przyszłych futbolowych gwiazd. W tej materii twórcy gry byli wyjątkowo skuteczni.

Kto FM-a zna, z pewnością kojarzy kultową wersję 08. Stąd już niedaleka droga do sedna sprawy, bowiem życia nie zna ten, kto zaraz po rozpoczęciu gry nie zaproponował kontraktu 16-latkowi z Bordeaux. Henri Saivet, bo o nim mowa, to jeden z największych talentów wirtualnego świata. Ci, którzy spodziewali się ujrzeć to samo w rzeczywistości, przełknęli gorzką pigułkę.

W macierzystym Bordeaux szło mu całkiem-całkiem. Wychowanek akademii nie miał większego kłopotu z awansem kolejno do zespołu rezerw jak i pierwszej drużyny z Nowej Akwitanii. Grywał na wszystkich młodzieżowych szczeblach reprezentacji Tricolores, choć w tej dorosłej nigdy nie zadebiutował. Na nudę podczas terminów FIFA jednak nie narzekał – gdy zorientował się, że daleko mu do Zidane’a i Henry’ego, zdecydował się grać dla Senegalu, kraju, z którego pochodzi.

Tempo jego rozwoju nie było zawrotne, choć przyzwoite. Był ważnym ogniwem swojego zespołu, a jego gol w wygranym 3-2 spotkaniu z Evian dał drużynie zwycięstwo w finale Pucharu Francji. Nie brzmi to może imponująco, ale to jedyny duży sukces zespołu w drugiej dekadzie XXI wieku.

W styczniu 2016 roku, gdy nazbierał niemal 200 oficjalnych spotkań w granatowym trykocie, jego kariera miała nabrać tempa. Po ofensywnego pomocnika zgłosiło się Newcastle United, a koszt operacji wyniósł 6 milionów euro. Anglicy zainteresowali się nim po meczu z Liverpoolem w Lidze Europy. Bordeaux przegrało, Saivet zagrał jednak własny koncert.

Konferencja prasowa, „zawsze chciałem grać w Anglii…” i inne frazesy, sesja zdjęciowa, uścisk dłoni ze Stevem McClarenem. Tak się rozpoczęło i… w zasadzie tak się skończyło. Niestety. Graham Carr, szef skautów NUFC, nazywający Henriego nowym Thierrym Henrym, okazał się kłamczuszkiem.

4 mecze w Premier League. Nowy sezon. 2 mecze. Wypożyczenie do Saint-Etienne. Powrót. 1 mecz w Premier League. 1 gol. Wypożyczenie do Sivassporu. Powrót. Wypożyczenie do Bursasporu. Lato 2019. 29 lat na karku. Za każdy mecz Saiveta Newcastle zapłaciło ponad banieczkę euro. Tak w skrócie.

Żeby być uczciwym, Senegalczyk od początku miał odrobinę pecha. W styczniu Anno Domini 2016 celem transferowym McClarena był Jonjo Shelvey, który miał zastąpić Cheicka Tiote. Anglika udało się sprowadzić, Iworyjczyka nie udało się sprzedać. Dla Saiveta zrobiło się zbyt ciasno zanim rozpakował wszystkie walizki.

Sroki spadły z ligi. Środkowy pomocnik niewiele pomógł, ale i niewiele zaszkodził. Z przymusu osunął się w cień. Jego sytuację skomplikowało przybycie Rafy Beniteza na St James’ Park. Hiszpan zachodził w głowę, po co jego poprzednik zdecydował się na transfer wychowanka Bordeaux. Bez żalu pognał go na wypożyczenie do Francji, co piłkarzowi akurat wyszło mu na dobre – zamiast tułać się po zapleczu angielskiej ekstraklasy rozegrał sezon w swoim środowisku. Było nieźle, zaliczył ponad 20 spotkań w Ligue 1.

Benitez cenił czysto techniczne walory Saiveta, uważał jednak, że brakuje mu siły i wytrzymałości. Mówiąc językiem FM-a, atrybuty fizyczne na „0”. Największą krzywdę piłkarz zrobił sobie jednak nie gryząc się w język w odpowiednim momencie. Pewnego razu ośmielił się zasugerować, że jego francuscy koledzy, Gabriel Obertan i Yoan Gouffran, to piłkarze znacznie lepsi od Anglików i powinni grywać w Newcastle pierwsze skrzypce. Benitez postanowił wówczas zignorować istnienie ulubieńca twórców Football Managera.

Szansę otrzymał raz. Z przymusu. Boxing Day 2017, spotkanie w Newcastle. Fatalny występ i asysta przy bramce… Marko Arnautovicia, piłkarza, a jakże, WHU. Co prawda chwilę później strzelił ładnego gola z rzutu wolnego i rozegrał przyzwoite zawody, dla Beniteza ten jeden, jedyny błąd z początku meczu był pretekstem. Saivet nie miał czego szukać w jego zespole.

Półtora roku. Tyle spędził na wypożyczeniu w Turcji. Grając na pozycji ofensywnego pomocnika strzelił dwie bramki. Powtarzam, przez półtora roku w lidze tureckiej. Jakby tego było mało, Bursaspor spadł z ligi i trudno nie posądzić Saiveta za współudział w tej zbrodni.

Latem 2019, nie w pełni chwały, wrócił do Newcastle, a największym sukcesem było uniknięcie zesłania do zespołu U-23 jak za czasów Beniteza. Steve Bruce stwierdził, że Henri „nie zrobił niczego złego” i dopuścił go do treningów z pierwszym składem. Co z tego, skoro Senegalczyk nie został nawet zgłoszony na listę piłkarzy uprawnionych do gry w lidze?

Dziś sytuacja Saiveta jest patowa. W sezonie 2019/2020 trenował, ale nie grał. Najbardziej dziwi, że sam nie wydaje się szczególnie sfrustrowany tą sytuacją. Według źródeł piłkarz ma dobre relacje z menedżerem i kolegami, jest skory do żartów i wprowadza dobrą atmosferę w szatni.

Na boisko po raz ostatni wbiegł ubiegłego lata w przegranym finale Pucharu Narodów Afryki. I wróci raczej nieprędko.

Czy Saivet przejawi jeszcze resztki ambicji i powalczy o swoje nazwisko? Gdziekolwiek? Coraz ciężej to sobie wyobrazić. Zawsze może jednak odpalić FM 08, wybrać Barcelonę i zaproponować kontrakt samemu sobie. Najwyraźniej jemu samemu to wystarczy.